Potrzeba bycia razem

Po kolejnej kadencji stowarzyszenia

Statutowym  obowiązkiem  jest  odbycie  raz  na  cztery lata Walnego Zebrania Członków   Stowarzyszenia,   które  pod  nazwą  Nasz  Dom  – Rzeszów, zostało zarejestrowane przez Sąd Rejonowy w Rzeszowie 9 października 2003 r. To już prawie 17 lat, jego medialne  dziecko  –  miesięcznik  o  tej  samej  nazwie  –  w  listopadzie  będzie  miał  jubileusz  15lecia,  które  minie  od  pierwszego  wydania  czasopisma.

Wspominam, że idea powstania stowarzyszenia zrodziła się podczas wycieczki z Triestu na Kretę, zorganizowanej przez ówczesnego dyrektora Zespołu Szkół Technicznych w Rzeszowie Jerzego Maślankę dla swojego grona pedagogicznego.  Monotonna  żegluga  statkiem,  sielska imprezowa atmosfera, bezkres południowego  morza…  Wtedy  to  nam  doproszonym  na  tę  wycieczkę,  w  tym  m.in.  mecenasowi  Arturowi  Kosturkowi,  zaświtała  myśl,  aby  zaistnieć  w zbliżających się wyborach do samorządu miasta  Rzeszowa.  Można  było  to  uczynić  poprzez zawiązanie stowarzyszenia jako komitetu wyborczego wyborców i wystawienie własnych kandydatów do samorządu miasta, w tym kandydata na prezydenta. Wymyśliliśmy, że będzie nim Jerzy Maślanka, który zapowiedział ukończenie swojej pracy w szkole, a był w sile wieku i sprawności. Taka była geneza stowarzyszenia. Przywołuję to zdarzenie dla pobudzenia wspomnień.

Teraz  na  kolejnym  już  walnym  zebraniu  sprawozdawczo-wyborczym  w  dniu  15  czerwca br. zarząd stowarzyszenia złożył obszerne  sprawozdanie  z  czteroletniej  działalności,  podkreślając,  że  podstawowym  powszechnym  dowodem na istnienie stowarzyszenia w odbiorze społecznym jest właśnie miesięcznik „Nasz Dom  Rzeszów”.  Unikatowość  miesięcznika  na  czele  z  Jerzym  Maślanką  oraz  zawodowcem  nadającym  ton  programowy  czasopismu  i  motywującym  do  pisania  tekstów,  zastępcą  red.  naczelnego  Ryszardem  Zatorskim,  polega  na  altruizmie piszących wolontariuszy. Jak spuentował  red.  Ryszard,  przewinęło  się  ich  przez  łamy  miesięcznika  grubo  ponad  stu.  Podkreślił  również,  że  brak  obecnie  czasopism,  gdzie  tak szeroko i konsekwentnie prezentowana jest sfera kultury, w tym w magazynie „Wers” twórczość  literacka,  debiutancka,  a  także  uznanych  luminarzy  pióra.  Dodatek  dla  dzieci  „Pluszak”  stanowi  zaś  niekiedy  inspirację  dla  nauczycieli  i rodziców w procesie nauczania i wychowywania najmłodszych.

Z dyskusji w czasie obrad utkwiły mi dwie symptomatyczne  wypowiedzi.  Pani  prof.  Krystyna Leśniak-Moczuk, szefowa Stowarzyszenia Krystyn Podkarpackich, opowiedziała nam, że jako socjolog zapałała misją uspołecznienia środowiska akademickiego, zapraszając studentów do  naszego  stowarzyszenia,  m.in.  na  okazałe  wieczory kolęd i inne spotkania, gdzie poznaje się  działalność  społeczną  i  ludzi  różnych  zainteresowań. Przy anonimowej ocenie nauczycieli akademickich przez studentów doznała jednak, delikatnie mówiąc, ostracyzmu z ich strony, którzy uznali jakoby ich do tego zmuszała. Dodała, że  życie  społeczne  w  środowisku  studenckim  zamarło. Nie istnieją żywo działające organizacje studenckie, jakie z rozrzewnieniem wspominali uczestnicy zebrania. Hałaśliwe juwenalia to impreza komercyjna, naszpikowana występami komercyjnych gwiazd, z przewagą uczestników spoza  środowiska  akademickiego.  Żeby  podkreślić swoją potrzebę uczestnictwa w życiu publicznym, dała do zrozumienia, że sama swojej postawy społecznej nie zmieni. Mocna ta nasza pani profesor! Z kolei Bogusław Kotula, określając  siebie  jako  „pnioka”  rzeszowskiego,  również  dodał  z  nostalgią,  że  był  członkiem  wielu  stowarzyszeń  o  przydatnych  społecznie  rolach,  jak  literackie  czy  historyczne.  Ich  działalność,  według  niego,  jednak  po  prostu  jakby  ustała,  zamarła.  Z  tej  wypowiedzi  dało  się  odczuć  żałość  za  ludźmi,  których  nie  ma,  a  następcy  nie  widzą potrzeby podobnej aktywności. Jako pozytyw  przykład  działalności  społecznej  wskazano  Klub  Sportowy  Junak  z  osiedla  Słocina, z członkami naszego stowarzyszenia Bartoszem  Cyganikiem  i  Bartoszem  Maślanką.  Tamże  społecznie  –  uzyskując  wsparcie  od  samorządu  miasta  w  ramach  Rzeszowskiego  Budżetu Obywatelskiego – udało się zbudować nowoczesny  stadion  służący  młodzieży.  Genezę  finansową  jego  powstania  przybliżył  nasz  członek,  poseł  Wiesław  Buż,  wieloletni  przewodniczący  Komisji  Budżetu  Obywatelskiego  w Radzie Miasta Rzeszowa. Pokazał modelowe zaangażowanie społeczne z wykorzystaniem środków miasta.

Zebranie,  z  zachowaniem  stosownych  ograniczeń  z  powodu  pandemii  koronawirusa,  było  pierwszym  nieśmiałym  krokiem  wznawiającym także pracę klubu Zodiak. Mimo wszystko sądzę, że potrzeba bycia razem, jako istot społecznych, nie zanikła. Na pewno jest też potrzeba odkrywania innych form tego bycia, współtworzenia  i  realizowania  ciekawych  inicjatyw.  W  tym  wszystkim  niezbędny  jest  sprawiedliwy  mecenat państwa oraz samorządów – wojewódzkiego  i  miejskiego  –  czyli  po  prostu  wsparcie  finansowe.  Takie  jak  widać  dla  Kół  Gospodyń  Wiejskich  czy  Ochotniczych  Straży  Pożarnych,  ale  ono  ma  wymowę  wyborczą  dla  rządzących.  Należy  wypracować  sprawiedliwe  reguły  finansowania, bez podtekstu politycznego.

Jako prowadzący to walne zebranie komunikuję, że szefem stowarzyszenia nadal pozostał Jerzy  Maślanka,  a  mnie  powierzono  przewodniczenie  radzie  programowej.  Działalność  stowarzyszenia,  jak  wynika  z  wysokiej  frekwencji  i ducha obrad, ma swoje uzasadnienie.

Edward SŁUPEK

Sól Naszej Ziemi

Władysław Kosiniak-Kamysz – wybór pragmatyczny

Jest niezwykle trudno napisać tekst o miesięcznej aktualności, odnosząc się do naszej rzeczywistości politycznej. Odbędą się wybory prezydenckie, które mogą zmienić dominację Prawa i Sprawiedliwości na szczytach władzy naszego państwa. Od lat realna władza to dominacja dwóch ugrupowań politycznych, Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej, wywodzących się z ruchu Solidarność. Obydwa ugrupowania wystawiły swoich kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenta Polski (obecny prezydent RP Andrzej Duda i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski).

Tym trzecim, który aspiruje w wyborach na prezydenta, jest Władysław Kosiniak-Kamysz, przedstawiciel Koalicji Polskiej, w skład której wchodzi ruch Kukiz’15 oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. Na innych kandydatach nie zamierzam się skupiać, gdyż odnoszę wrażenie, że nie są w stanie zagrozić realnie dwóm dominującym. Po prostu w odczuciu społecznym nie prezentują przesłania i postawy przyszłej głowy państwa. Szkoda na przykład, że Lewica na zasadzie przeciwieństwa nie wystawiła kandydata o uznanej powadze i dostojności profesorskiej. Ma takich w szeregach. Inni przedstawiciele ugrupowań, w moim przekonaniu, mają zaistnieć w wyborach, pokazując istnienie ugrupowań, z których się wywodzą.

Bezwzględna walka wspomnianych ugrupowań uzasadnia oddanie głosu na Kosiniaka- -Kamysza jako przedstawiciela prowincji stanowiącej przysłowiową „sól naszej ziemi”. Nie zamierzam się zabierać za rozliczenie kadencji ustępującego prezydenta Andrzeja Dudy, gdyż codziennie zantagonizowani dziennikarze czynią to dokładnie. Kontynuacja jego prezydentury nie przetnie coraz głębszych podziałów społecznych. Jest także przykładem prezydentury niesamodzielnej, co widać na każdym odcinku jej sprawowania. Nie postarał się być prezydentem Polaków, a jedynie tych, którzy utożsamiają się z partią rządzącą Prawo i Sprawiedliwość. Obydwaj pretendenci, w odróżnieniu od Kamysza, manifestują subtelną pogardę dla ludowości, określaną przeze mnie jako syndrom „polskiego chama”, czyli człowieka, który w rodowodzie nie może powołać się na dobre pochodzenie czy też dobre maniery ze swojego środowiska. Na poparcie swej tezy przytoczę ciągłe zabiegi wspomnianych ugrupowań, aby wyeliminować z życia politycznego (Sejmu i Senatu) przedstawicieli ruchu ludowego. Czynią to od zawsze, szermują, że oni lepiej potrafią reprezentować prowincję w polityce. Zarzucają, że ruch ludowy przetrwał w ubogiej postaci nawet w PRL. Ten wątek wymaga głębszego rozpracowania historycznego. Stwierdzę jedynie, że synowie gospodarzy z PRL byli podstawą boomu ostatnich trzydziestu lat, odradzania się normalnej gospodarki państwa. Wyniesione z domu zasady zaradności i samodzielności w gospodarzeniu to być może historyczne wartości, od których wstydliwie wielu stara się odżegnać. Sam byłem świadkiem, jak mnie, z jakiejś prowincji, warszawiacy chcieli upokorzyć. Potem okazywało się, że oni także z prowincji. Po prostu neofici.

Tymi scenkami chcę obudzić w nas poczucie, że większość ma pochodzenie z szeroko pojętego ruchu ludowego. Przypominając genezę zorganizowanego ruchu ludowego w formie partii – to gmach Sokoła w Rzeszowie, gdzie pod zaborami powstało Stronnictwo Ludowe, które w tym roku szczyci się 125-leciem istnienia. Przez lata wszyscy uzurpowali sobie podporządkowanie ruchu ludowego. Nawet w czasie II wojny i Bataliony Chłopskie. Armia Krajowa, szczególnie jej sanacyjni przedstawiciele, czynili bezpardonowe zabiegi, aby sobie podporządkować BCh. Dochodziło nawet do wydawania przedstawicielom Batalionów Chłopskich wyroków śmierci. Jeszcze dzisiaj potomkowie lepiej urodzonych próbują uważać się za lepszych. To takie kultywowanie kompleksów.

Nie wiem, dlaczego Rzeszów, jako kolebka ruchu ludowego, odwraca się od ruchu ludowego. Tysiące z nas są potomkami działaczy ludowych. Czas sięgnąć do starych rodzinnych konterfektów świadczących o przynależności naszych antenatów do różnych form ruchu ludowego (Polskiego Stronnictwa Ludowego, Związku Młodzieży Wiejskiej, absolwentów uniwersytetów ludowych). Starannie i konsekwentnie w ostatnich latach te historie nam obrzydzono, uznano za nieistotne, wstydliwe. Zatem zagłosowanie na przedstawiciela ruchu ludowego, który jest młodym, samodzielnym człowiekiem, podkreślającym korzenie rodzinne z naszego regionu, jest w pełni zasadne. Rozsądek wyboru Kamysza to także zażegnanie w jakiejś części swoistej wojny ugrupowań. Wywodzący się z ruchu ludowego prezydent stałby się arbitrem dla skołowanego społeczeństwa. Byłby to piękny hołd na 125-lecie zorganizowanego ruchu ludowego.

Edward SŁUPEK

Prawo równych szans

100-lecie polskiej ustawy spółdzielczej

W dniach, gdy ważą się losy  wyborów  prezydenckich,  oraz  w  szczycie  pandemii koronawirusa, gdy przez to grozi nam nieznany od lat kryzys, godzi się przypomnieć  mroczne  czasy  walki  o  być  albo  nie  być  istnienia  Polski.  Latem  1920  roku  Armia  Czerwona  kroczyła  od  zwycięstwa  do  zwycięstwa. Jedyną  przeszkodą  do  podbicia  Europy  była niepodległa Polska.

W  tej  sytuacji  24  lipca  powołano  ponad-partyjny  Rząd  Obrony  Narodowej,  na  czele  z  reprezentantem  chłopstwa  premierem  Wincentym Witosem, wywodzącym się z PSL Piast, z  najważniejszym  zadaniem  obrony  państwa.  Aby  to  osiągnąć,  ogłosił  zwalczanie  jakichkolwiek partyjnych interesów. Zadeklarował wcielenie reform uchwalonych przez Sejm, poskromienie nadużyć władzy, wprowadzenie rządów prawa.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  głównym  sposobem obrony ojczyzny będzie powstrzymanie negatywnego oddziaływania haseł i propagandy  bolszewickiej  na  społeczeństwo,  czyli  bitwa  na  płaszczyźnie  ideologicznej.  Jego  wicepremierem  został  Ignacy  Daszyński  –  socjalista,  reprezentant  klasy  robotniczej,  przewodniczący rady naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. W  ten  sposób  dano  sygnał  bolszewickiej  Moskwie,  że  na  drodze  do  zdobycia  Polski  stanął  rząd  jedności  narodowej  robotniczo-chłopski,  wtedy zwany włościańsko-proletariackim.

Nowy rząd jako strategiczne oparcie znalazł  w  lansowaniu  spółdzielczości  znanej  społeczeństwu od XIX w. Przypominano spółdzielczość jako umożliwiającą godne życie,   bezpieczne oszczędzanie, obronę przed lichwą. Przypominając  spółdzielnie  Stefczyka,  wzywano m.in. żołnierzy do przystępowania do spółdzielni  mieszkaniowych  oraz  zajmujących  się  usługami  spożywców.  Przeciwwagą  dla  naszego rządu było ogłoszenie Manifestu do polskiego ludu  robotniczego  miast  i  wsi,  który  podpisali  m.in.  Julian  Marchlewski  i  Feliks  Dzierżyński,  sygnujący się jako Komitet Rewolucyjny Polski, czyli nic innego jak przekształcenie Polski w republikę sowiecką.

Słowa manifestu spotkało kontruderzenie rządu  Witosa  i  Daszyńskiego  oparte  na  reformie rolnej, a zwłaszcza na ideach spółdzielczości, którą ziemie Polski znały od czasów Staszica.  Wizja spółdzielczości  była  dla  społeczeństwa  znana,  a  komunizm  wojenny,  który  propagowali  komuniści,  przerażał.  Ustawa  z  lipca  1920  r.  w  sprawie  reformy  rolnej  zapowiadała  realizację  idei  spółdzielczości.  Po  zwycięstwie  nad  bolszewikami  w  1920  r.  określanym  jako  „cud  nad  Wisłą”  dotrzymano  słowa  narodowi  i  wojsku,  uchwalając  29  października  1920  r.  Ustawę  o  spółdzielniach.  Uchwalona  ustawa  spółdzielcza  przez  prawnicze  środowiska  europejskie  uznana  została  wręcz  za  wzorową.Wielu ustawodawców w Europie wzorowało się na jej nowatorskich zapisach, jak choćby Niemcy i Austriacy. Spółdzielczość w PRL, chociaż zawłaszczona, była enklawą demokratycznego gospodarowania, oczywiście trochę w wypaczonym kształcie. Dzięki spółdzielczości powstały miliony mieszkań w wyniszczonym wojną kraju. A posiłkując się spółdzielczym systemem gospodarowania, nie doszło także do bolszewickiej kolektywizacji wsi.

Obecne rozumienie idei spółdzielczej jest wadliwe, niedostateczne. Politycy uchwalający przez 30 lat prawo uważają spółdzielnie za podmiot jak każdy inny, powtarzając to z uporem zasady propagandowej. Międzynarodowa definicja spółdzielni nie odbiega od naszej i brzmi: spółdzielnia jest autonomicznym zrzeszeniem osób, które zjednoczyły się dobrowolnie w celu zaspokojenia swoich wspólnych aspiracji i potrzeb ekonomicznych, społecznych i kulturalnych, poprzez współposiadane i demokratycznie kontrolowane przedsiębiorstwo. Zatem jest to zrzeszenie osób, a nie kapitału. Zrzeszenie dobrowolne. Zaspokaja własne potrzeby członków i nie maksymalizuje zysków. Stanowi wspólne przedsiębiorstwo, a więc wspólną własność, chociaż prywatną, ale nie indywidualną. Można powiedzieć, że w dzisiejszym skomercjalizowanym świecie jest pewną ideą – ideą dobra wspólnego. Dlatego spółdzielnie po-winny powstawać, aby rozwiązywać problemy gospodarcze ludzi, które nie są do rozwiązania w pojedynkę. To wymaga wiedzy, stąd chwała powstałemu Instytutowi Spółdzielczemu na Uniwersytecie Rzeszowskim ze skromnym naborem na studia podyplomowe.

Państwo nasze powinno być zainteresowane tworzeniem spółdzielni. Konstytucja stanowi, że podstawą ustroju gospodarczego RP jest społeczna gospodarka rynkowa itd. W moim przekonaniu jest odwrotnie. Przekornie to kapitalizm koncentruje własność w rękach wąskiej grupy posiadaczy, często anonimowo. Spotkamy się niebawem, albo już tego doświadczamy, z ogromnymi nierównościami społecznymi, zadłużeniem społeczeństwa. Przywołując przy okazji rocznicowej piękną kartę polskiej spółdzielczości, chciałbym zaproponować na złe czasy rozwiązania przeciwstawiające się egoizmowi współczesnego kapitalizmu – zaproponować solidaryzm, wzajemną pomoc, zrozumienie i życzliwość. Ofertę bogactwa dla nielicznych zastąpmy prawem równych szans dla wszystkich.

Edward SŁUPEK

Koronowirus ….. i co po nim

Białko i krzem

Przypomina mi się Księga Apokalipsy św. Jana gdzie wieszczy, iż przyjdą takie czasy, że człowiek będzie poszukiwał śladów innego człowieka na piasku. Jako, że życie nasze to nadzieja na jutro, czyli w tym czasie po zarazie, która powszechnie nas wprowadziła w lęk, staram się wyobrazić jak to będzie. Jestem przekonany, że nasze życie zawodowe i społeczne po wirusie będzie inne. 

Wynalezienie płytki krzemowej sprawiło niesamowite możliwości wręcz idealnej komunikacji między ludźmi, pismem, głosem i wizją w czasie rzeczywistym bez potrzeby osobistego kontaktu. Rozmawiamy i piszemy przez komunikatory ze znajomymi w odległych kontynentach. Jest możliwa nawet rozmowa dwojga z możliwością automatycznego tłumaczenia. Po prostu możliwości krzemu nie są do końca przez nas wykorzystywane. Okazuje się, że życie urzędowo społeczne też jest możliwe dzięki fenomenowi płytki krzemowej. Tylko my, czyli zbudowani z białka jeszcze nie umiemy doskonale z tego skorzystać.

Każde pokolenie zmienia rzeczywistość. Zastanawiałem się, co z naszymi czterdziestolatkami i młodszymi. Oni dokonają rewolucji dzięki krzemowi zmieniając stosunki obyczaje, rzeczywistość. W twardej polityce drażnił mnie Kukiz z tymi referendami. Okazuje się, że jego wizja może się ziścić przy wykorzystaniu fenomenu płytki krzemowej. Techniczne przeprowadzenie referendum nawet w banalnej sprawie jest proste i wykonalne. Szwajcarzy poprzez referenda funkcjonują od wielu lat. Ostatnio rząd chciał zmniejszyć zapasy strategiczne kawy w razie klęski; więc Szwajcarzy w referendum orzekli odwrotnie. Konkludując, nawet nasz Sejm wydaje się anachronizmem. Możemy bez niego funkcjonować stosując demokrację bezpośrednią na wzór ideału jakim była demokracja ateńska gdzie uprawnieni obywatele mogli na agorze bezpośrednio głosować w danej sprawie. Już dzisiaj w wybranych gminach jest możliwość takiej demokracji bez wyboru rad gmin czy miast. Ciekawe jak by było tak można w Rzeszowie przećwiczyć taką formę rządzenia przez obywateli. Może przez elektorów?

Popuściłem wodze fantazji w zakresie relacji białko czyli niedoskonały człowiek , który wykorzystuje możliwości krzemu. Społeczna dobrowolna kwarantanna sprawiła, że nic nie będzie tak samo. Nie wyobrażam sobie, że będziemy napraszać się urzędom w sprawach, które chcemy załatwić. Bez kontaktu osobistego będziemy załatwiani mając podgląd na tok naszych spraw. Tylko czy my z naszymi neuronami w głowie jesteśmy w stanie wykorzystać nowe rewolucyjne możliwości. Okazuje się, że nasze życie religijne jest też możliwe inaczej. To też wyzwanie dla hierarchii wielu religii. Wierni zadadzą pytanie? Dało się bez obecności w świątyniach. Na naszych oczach dokonuje się przewartościowanie w najważniejszych sferach życia. Oświata znalazła się też na rewolucyjnym zakręcie gdzie młodzi ludzie w zakresie wykorzystywania możliwości krzemu są lepsi od utytułowanych nauczycieli. Nie zachwycam się tymi nowymi czekającymi nas zmianami, ale jestem ich ciekaw.

Jako społeczeństwo aspirujące do bycia w gronie najlepszych państw i społeczeństw powinniśmy podjąć wyzwanie i zmieniać naszą rzeczywistość ewolucyjnie, bo rewolucja może doprowadzić do nieznanych nie zawsze korzystnych w naszym bytowaniu.  Czyli mamy antidotum na koronowirusa w zakresie innego sposobu funkcjonowania; bez potrzeby osobistego kontaktu. Tutaj na pewno włączą się marzenia o osobistym kontakcie z innym człowiekiem gdzie mimika, zapach, inne subtelności przez wieki sprawiały nam przyjemność. Ten tekst jest impresją gdzie każdy o zapędach futurystycznych i nawet rewolucyjnych może wykazać się inwencją. Jest także wyrazem nadziei, że zaraza nas ominie i poczujemy zapachy budzącej się wiosennej przyrody. Przy okazji złożę staromodne życzenia zdrowia i spokoju. Staromodne, gdyż pokolenie, które przeżyło ostatnią wojnę tak sobie życzyło. Czyli każde pokolenie doświadczy swoje; nam się wydawało, że o spokój nie musimy się martwic.

Edward SŁUPEK

Polskie księżniczki

Najbardziej wyzwolone kobiety świata

Historycznie  Dzień  Kobiet  wywodzi  się  od  Rzymian, gdzie w pierwszym tygodniu marca mężczyźni  obdarowywali panie prezentami i spełniali ich życzenia. Międzynarodowy Dzień Kobiet to pamięć o strajkach kobiet amerykańskich o podłożu ekonomicznym i socjalnym; śmierć wielu podczas pacyfikacji strajków na początku XX wieku. W Rosji przed upadkiem caratu kobiety zainicjowały strajki, co spowodowało przyznanie im praw wyborczych.

Po rewolucji październikowej kobiety przekonały Lenina do ustanowienia 8 marca oficjalnym świętem kobiet. Jako że świętować lubimy, w wielu krajach jest to dzień wolny od pracy.

Na pewno jest to przyczynek do obrony tezy, którą postawiłem w podtytule. Uważam, że nasze panie jako jedyne na świecie mogą obnosić się naturalnym i rzeczywistym równouprawnieniem, a nie deklarowanym i udawanym jak to bywa w wielu wysoko rozwiniętych krajach. W każdym polskim towarzystwie panie pełnią rolę wiodącą; siedzą w najbardziej okazałych miejscach, są adorowane, panowie wręcz zawsze na każdy geścik starają się być usłużni. Gdzie indziej bywa inaczej. Choćby na Bałkanach w Czarnogórze przeżyłem scenę, gdy rano, wychodząc z kwatery, zostałem poproszony na kieliszek rakii przez gospodarza. Poprosiłem więc i żonę, co jest naturalne u nas. Gospodarz z marsem na twarzy, gestem wskazał mojej żonie, że jej miejsce jest przy jego żonie, a nie życzy sobie, abyśmy razem się gościli. Słyszałem o Greku, który pojął za żonę naszą rodaczkę. Tam jest zwyczaj przesiadywania mężczyzn solo, wieczorami i nie tylko, w tawernach. Nasza Polka oczywiście to akceptowała, ale jak to u nas bywa: będziemy to czynić razem. Stwierdził, że akceptuje wszystkie dominacyjne zwyczaje kobiet z Polski, ale błaga, aby nie chodziła z nim do tawerny, bo straci poważanie u kolegów. Wymyślił dla dobra sprawy, że ona też może chodzić, ale do innych tawern i sama.

Znamienne widoki, że panie z południa Europy bywają, ale w swoim gronie. Wieczorny obyczaj restauracyjny jest raczej zarezerwowany dla facetów.

Nie do pomyślenia w wielu krajach, aby na imprezach przy biesiadnym stole młode kobiety zasiadały na równi z mężczyznami. Jeśli już – to tylko dostojne matrony. Dotyczy to nawet krajów, które obnoszą się równouprawnieniem kobiet, jak choćby Francja czy Szwecja.

Nie będę się rozwodził nad stosunkami ekonomicznymi w miejscu pracy. Uważam, że panie u nas nie mają pretensji, a w wielu zawodach dotychczas męskich nawet dominują. Polska szkoła jest tego przykładem. I brakuje tutaj kontaktu uczniów z mężczyznami, z ich pewną odmiennością w obyciu. W sądach, zwłaszcza rodzinnych, też dominują panie, przez co w przypadku rozpadu małżeństwa i procesu rozwodowego mężczyźni bywają dyskryminowani. To taka wieczna, aczkolwiek nie w każdym przypadku, solidarność kobiet. W przypadku rozwodu faceci zostają z niczym; nie wytrzymując presji, porzucają majątek dorobkowy. Inna sytuacja do wyobrażenia, gdy kobieta, np. pani prezydent, płacze. Normalne, ale gdyby mężczyzna okazał taką swoistą słabość bez powodu to dyskwalifikacja dla niego, po prostu rozmemłany typ. To taki przedwyborczy argument do przemyślenia nad wyższością Kosiniaka-Kamysza nad kobietą.

Zaobserwowałem, jak to młode panie decydują w małżeństwie, gdy przychodzą np. kupić mieszkanie; on stoi za żoną, dając miną do zrozumienia, że zgadza się na wszystko, co jego wybranka mówi. Całkowite pogodzenie z losem dla dobra sprawy, bycie tylko wykonawcą zachcianek i woli kobiety. Znamienne jest powiedzenie przypisywane Hannibalowi, że z kobietą się nie walczy: w przypadku zwycięstwa to żadna chwała, a porażka grozi hańbą po wsze czasy. Więc cóż, powszechnie Polacy nie walczą, przyjmując postawę służebną, a niekiedy służalczą. Tutaj przestroga dla młodych mężczyzn, do której na pewno się nie zastosują z powodu przedślubnego stanu utraty świadomości. Zwróćcie uwagę na pozycję, jaką w domu wobec mężczyzny ma mamuśka ukochanej. Gdy zobaczysz bezwzględną dominację, a nawet zniewolenie przyszłego teścia, to wyobraź sobie, że taka może być po ślubie córusia.

Kolega przytoczył mi opinię różnicującą Polki i Rosjanki. Rosjanka zrobi wszystko dla mężczyzny, a Polka zrobi wszystko z mężczyzną w sensie podporządkowania. Dlatego Rosjanie nazywają polskie kobiety księżniczkami. Trochę sobie pofolgowałem, ale cóż, na papierze można. Polki to najbardziej naturalnie wyzwolone kobiety na świecie. Los sprawił, że musimy z tym żyć i chwalić sobie.

Edward SŁUPEK

W zielone grajmy

Wybierzmy prezydenta z ruchu ludowego

Zieleń w otoczeniu uspokaja i dobrze nastraja, jest także symbolem polskiego ruchu ludowego, a ściślej jest nim czterolistna koniczyna. Genezą polskiego ruchu ludowego jest nasz Rzeszów, gdzie w 1895 r. powstała pierwsza partia w budynku, w którym obecnie siedzibę ma Teatr im. Wandy Siemaszkowej, Stronnictwo Ludowe na ziemiach zaboru austriackiego. Ważny fakt mający odniesienie do współczesnej Austrii, gdzie rządząca Austriacka Partia Ludowa z rodowodem z 1893 r. – z Sebastianem Kurzem jako kanclerzem urodzonym w 1986 r. – wygrała wybory po podobnych perypetiach jak u nas w Polsce. Austriacy mieli dość niespokojnych i aferalnych rządów naprzemiennie dwóch zwalczających się w skandaliczny sposób partii i zagłosowali na partię o ludowych przewidywalnych korzeniach.

Władysław Kosiniak-Kamysz, ludowy kandydat na urząd prezydenta Polski w wyborach, które odbędą się w pierwszej turze 10 maja br., jest też młodym politykiem, bo urodzony w 1981 r., starannie wykształconym (Uniwersytet Jagielloński, doktor medycyny), ze znacznym doświadczeniem parlamentarnym oraz w sprawowaniu ważnych ministerialnych urzędów w trudnych koalicjach. Tam dał się poznać jako człowiek rozważny i samodzielny z ważnym genem ludowego rozsądku. Poważni pretendenci do urzędu prezydenta wywodzą się ze zwalczających się partii – z tej, co poprzednio rządziła i tej, co obecnie sprawuje władzę. Przypomnieć należy, że kiedyś te partie deklarowały wspólne rządzenie, tzw. PO-PiS. Wybujałe ambicje gremiów rządzących tych partii doprowadziły do rozejścia się tych ugrupowań, co przy radykalizacji poglądów w imię ambicji rządzenia spowodowało podział w społeczeństwie. Podziały są tak głębokie, że w perspektywie tylko jakaś trzecia siła polityczna może uspokoić nastroje w kraju.

Zwalczające się partie PO i PiS łączy to, że zawsze i z uporem starają się wyeliminować ze sceny politycznej przedstawicieli ruchu ludowego. Czynią to zwodząc i uwodząc społeczności lokalne, chcąc wejść w rolę tradycyjnego ruchu ludowego. Odbywało się to nawet poprzez podkupywanie parlamentarzystów i działaczy. Zabiegi przybierały karykaturalne zachowania, gdzie nawet niekwestionowaną postać Wincentego Witosa jako przywódcy ruchu ludowego i symbol walki z sanacją próbowano zawłaszczyć. Przypomnę, że na żądania anulowania haniebnych wyroków brzeskich, gdzie skazano Witosa, przemilczają sprawę. Godzi się przywołać pychę tych partii dających do zrozumienia o istnieniu „syndromu polskiego chama”. Wywodzi się on z międzywojnia i wcześniej, gdy uważano, że na pokoje parlamentarne i do rządzenia nie może pretendować przedstawiciel prostego ludu.

Nawała bolszewicka 1920 r. sprawiła, że sięgnięto do Witosa, który zaapelował do swoich pobratymców – polskiego ludu – do obrony ojczyzny. W setną rocznicę bitwy warszawskiej na pewno nie będzie to artykułowany wątek. Będzie rozpamiętywanie wątpliwych zasług różnych osobowości z Piłsudskim na czele, zaś fakt pierwszego przykładu w naszych dziejach powszechnego zrywu na apel przywódcy ludowego przemilczy się. Ten niewytłumaczalny syndrom polskiego chama w wyborach prezydenckich na pewno wystąpi poprzez różne obraźliwe zabiegi propagandy politycznej, niekiedy w bardzo subtelnej formie odwołującej się do gorzej urodzonych. To nic, że jedną z największych zasług PRL było zniesienie tzw. stratyfikacji społecznej, przez co nic sobie nie robimy, że ktoś się obnosi lepszym urodzeniem. Dziwi nas groteskowość doniesień z dworu angielskiego o tych lepiej urodzonych, ale to ich sprawa. W Polsce na razie sprawa siedzi w „szafie”, ale wielu marzy o tych koszmarnych podziałach.

Władysław Kosiniak-Kamysz deklaruje jako najważniejsze zadanie przywrócenie wspólnoty narodowej, co wydaje się przy obecnej sytuacji w kraju najtrudniejsze. Jako prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego deklaruje też samodzielność na urzędzie, bo nie ma nad sobą żadnego prezesa czy też przewodniczącego na innej ulicy. Będąc lekarzem na pewno będzie lansował 6,8 proc. PKB na służbę zdrowia, skrócenie specjalizacji oraz nostryfikacji dyplomów. Interesujący jest pomysł embarga na rosyjski węgiel albo eksportu polskich jabłek na wschód. Emerytury bez podatku to rozsądny postulat. Lansuje kwotę wolną od podatku na 8 tysięcy złotych. Jazgot dotyczący spraw intymnych kwituje elegancko, że nie chce nikomu zaglądać za firanki. Tak winno się też kwitować swoisty jazgot w sprawach dotyczących relacji między ludźmi bez względu na ich preferencje seksualne czy wyznanie. Władysław Kosiniak-Kamysz jawi się jako postać polityczna mogąca uspokoić nasze poranione relacje w kraju.

Edward SŁUPEK

Racja stanu

Kierujemy się specjalną wrażliwością

Przy użyciu tego sformułowania trochę milkniemy, nawet nad największym oponentem rozpościeramy nimb zrozumienia. Jako Polacy rozumiemy fakt wyższości interesu narodowego, państwowego nad innymi interesami. Tak nas szczególnie doświadczyła historia, że wewnętrzne spory w przypadku zagrożenia państwa ustawały, schodziły na plan dalszy. Takim przypadkiem było prawie powszechne oburzenie na incydent, gdy prezydent Rosji Władimir Putin w niewybredny sposób zestawił tak fakty historyczne, jakoby Polska przyczyniła się do wybuchu II wojny światowej, kolaborowała z Hitlerem, była sprawcą Holocaustu. Prowokacja historyczna wynikająca zapewne z frustracji, że Polska w wielu przypadkach na arenie międzynarodowej jest zadeklarowanym oponentem Rosji, że staliśmy się najwierniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w Europie.

Bycie oponentem Rosji wynika z wielu uwarunkowań, w moim przekonaniu sięgających 1055 r., czyli do podziału Kościoła na wschodni i zachodni (wielka schizma). Podział świata chrześcijańskiego to tragiczne mordy, najazdy i bezeceństwa w imię zwierzchnictwa nad naszą duchowością. Polska pozostała w orbicie Kościoła zachodniego z podległością pod Watykan i papieża. Oponentem został Kościół wschodni, w którym tkwi Rosja. Jest to rozłam nierozumiany przez narody, gdyż nie wypływa z zasad wiary. To chęć przewodzenia, dominowania. Pomimo wielu prób zjednoczenia, nie udało się tego dokonać do tej pory. Ostatnie spotkanie na Kubie papieża Franciszka i patriarchy Cyryla jako marzenie wielu papieży, w tym naszego Jana Pawła II, odbyło się w lutym 2016 r. Odbyło się w atmosferze dyplomatycznej, ale rozłam pozostał pomimo nadziei narodów.

Innym ważkim faktem historycznym rzutującym na stosunki polsko-rosyjskie jest okupacja Moskwy od 1610–1612 roku przez wojska Rzeczypospolitej z hetmanem Żółkiewskim na czele. Rosjan do tej pory bardzo boli ten fakt polskiej dominacji nad Kremlem. Zaświadcza o tym, że Rosjanie świętują 6 listopada jako „wypędzenie Polaków z Kremla”. Notabene sprytnie to uczynili z tym świętem, aby wycofać się ze świętowania „dnia rewolucji bolszewickiej” przypadającego właśnie 6 listopada. Wobec narastającej wrogości między naszymi narodami idealnie pasuje świętowanie zwycięstwa nad Polakami.

Najważniejszym wydarzeniem w historii Rosji była zwycięska bitwa pod Połtawą w 1709 r., kiedy to nastąpił kres mocarstwowej potęgi Szwecji w Europie i narodzenie się niepokonanej w wojnie Rosji. Od tej bitwy Rosja jest dominującym bytem narodowym na terenie Europy i Azji oraz znaczącym graczem globalnym rywalizującym militarnie ze Stanami Zjednoczonymi.

Historycznie nie możemy zapomnieć Rosji okresu zaborów, czyli niweczenia wszystkiego co polskie poprzez wywózki na Sybir, bezprzykładną rusyfikację przez 123 lata okupacji naszych ziem. Oczywiście należy wspomnieć nasze zrywy powstańcze utopione we krwi ze strony rosyjskiego caratu. Upadek caratu w wyniku rewolucji bolszewickiej sprawił między innymi, że mogliśmy zdławić bolszewizm, ale ogrom zbrodni ze strony caratu, którego naturalnym kontynuatorem byli tzw. biali Denikina i Wrangla, nie pozwolił Piłsudskiemu udzielić pomocy i zdławić rodzący się bolszewizm. Pisząc z Leninem w pismach przeciwko caratowi, nie stało mu przebiegłości, że w przyszłości naszym śmiertelnym wrogiem będzie Rosja tym razem radziecka, którą udało nam się zatrzymać w zamiarze zdobycia całej Europy w tzw. bitwie warszawskiej 1920 r. Klęska warszawska na pewno wywarła wpływ na Stalina przy rozkazie mordu na polskich oficerach w Katyniu i innych miejscach kaźni.

Potem mamy wybuch II wojny w 1939 r. i wspólne z Niemcami dokonanie zajęcia ziem polskich. Znowu eksterminacja polskiej ludności na zajętych ziemiach z wywózkami na Sybir. W tym czasie Niemcy jako okupanci eksterminują polską nację oraz dokonują Holocaustu. Dopiero szaleństwo Hitlera, napaść na Rosję, sprawia, że we wspólnym interesie stało się pokonanie Niemców. Niewątpliwie Armia Radziecka wyzwala ziemie polskie od Niemców. Ale zdrada Anglosasów na konferencjach w Jałcie, Teheranie sprawia, że pozostajemy w orbicie wpływów radzieckich z epizodem PRL jako państwa na modłę radziecką. Dopiero od 1989 r. dzięki bezkrwawej rewolucji Solidarności i fenomenowi Okrągłego Stołu nie zależymy od Rosji.

Czy po świadomości obciążenia historią potrafimy z Rosją ułożyć prawidłowe stosunki międzypaństwowe? Z Niemcami w 1966 r. dzięki m.in. kard. Wyszyńskiemu udało się nam pojednać. Tutaj było stosunkowo łatwo, chociaż bezmiar niemieckich zbrodni do tej pory i na zawsze pamiętamy. Łatwość wynikała z faktu, że pozostajemy w orbicie jednolitego kościoła watykańskiego. Rzeka Bug stanowi trudną przeszkodę religijną. Obecny premier nawołuje po wielokroć do normalności. Na pewno normalnością będzie nawiązanie szeroko pojętych stosunków z Rosją. Dotyczy to wszystkich szczebli, z gospodarką na czele. Na razie źle to wygląda, gdyż propagandowo decydenci obu państw za cnotę uważają zohydzanie sąsiada. Potrzeba dyplomatycznych małych kroków, uprzytomnienia sobie interesów, które mogą nas łączyć. Na pewno nie możemy się dać upokorzyć głupimi stwierdzeniami fałszującymi historię. Odczuwa się w społeczeństwie, że problem tkwi w naszych elitach państwowych. Jak uprzytomnić stronie rosyjskiej, że kierujemy się specjalną wrażliwością co do relacji wzajemnych, wynikających z trudnej wzajemnej historii?

Edward SŁUPEK

Śmieciowe zniewolenie

Ceny nieprzystające do naszego regionu

Wypiękniała nam Polska po wejściu do Unii Europejskiej. Potężny zastrzyk finansowy, mający zharmonizować nasz kraj z bogatymi krajami Unii, był i jest najlepszym w naszych gospodarczych dziejach. Nie mamy już powodu do kompleksu Zachodu, jeżeli chodzi o prosty ogląd z okien samochodu czy pociągu. Obejścia naszych nieruchomości są czyste i schludne. Nawet słyszałem twierdzenia, że jesteśmy bardziej schludni od krajów, co do których mieliśmy kompleksy, jak choćby Niemcy. Przystępując do Unii, musimy podporządkować się zasadom, które wynikają z dyrektyw Parlamentu Europejskiego i które są prawem na terenie wszystkich państw sygnatariuszy tej wspólnoty.

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego o odpadach jest aktem prawnym tworzącym ramy dla parlamentów narodowych, w tym dla naszego Sejmu, aby uchwalić polskie prawo zbieżne z uregulowaniami unijnymi. Unia zdefiniowała podstawowe ramy postępowania z odpadami, takie jak odzysk odpadów, recykling, czyli takie zobowiązania dla państw Unii, aby nie wywierać ujemnego oddziaływania na środowisko lub zdrowie ludzkie. Wprowadza to wymóg postępowania, że płaci posiadacz odpadów lub poprzedni posiadacze albo producenci produktów, z których one powstały. Polski Sejm uchwalił ustawę regulującą problematykę. Powstały rozporządzenia wykonawcze regulujące gospodarkę śmieciową. Na końcu my społeczeństwo zostaliśmy tymi naszymi uregulowaniami zniewoleni.

Zniewolenie ma polegać na tym, że mamy w całej Polsce swoisty wyścig samorządów wprowadzających segregację na poziomie naszych mieszkań. Wpierw mówiło się, że w wyniku segregacji będzie taniej, bo segregowane śmieci staną się surowcem do przetworzenia. Nic z tego, mamy zapowiedzi drożyzny śmieciowej. W Rzeszowie powstała spalarnia oprotestowywana przez społeczeństwo. Okazało się, że chyba słusznie, bo podlegając pod energetykę polską, narzuca ceny za spalane odpady nieprzystające do naszego regionu. Tak może czynić, bo ustawodawca, czyli Sejm, zniósł zasadę, aby śmieci nie migrowały po Polsce. Po prostu dzięki zniesieniu regionalizacji śmieciowej bogate samorządy z Polski mogą je utylizować w spalarni w Rzeszowie. Możemy mieć warszawskie śmieci w spalarni i przez to warszawskie ceny, bo energetyka jako właściciel spalarni kieruje się kryterium zysku, a nie naszymi rzeszowskimi potrzebami.

Zgryźliwie przypomnę protesty miejscowych ekologów, którzy dowodzili, że nie jest to obojętna instalacja dla środowiska. Protesty były gaszone przez nasz samorząd poprzez liczne spotkania. Okazało się, że społeczeństwo miało rację. Obecnie po podliczeniu kosztu utylizacji przez spalarnię prezydent miasta lansuje tezę budowy tym razem własnej spalarni służącej wielu samorządom z okolic Rzeszowa. Trzeba było przewidzieć, że z energetycznym monopolem nie ma możliwości wygranej. Nie wiem, jak to odkręcić, przypominając, że kiedyś całe energetyczne Załęże było własnością samorządu rzeszowskiego. Nie stało gospodarczego lokalnego sprytu, aby wynegocjować zapisy służące naszemu regionowi. Mając w Polsce 10 mln gospodarstw domowych i pięć frakcji śmieci, mamy od razu 50 mln koszy na śmieci czy worków o różnych kolorach. Nie tak zakładała Unia w dyrektywie. W praktyce zbliżymy się do absurdu. Oświadczamy na przykład w spółdzielniach, że segregujemy, a przecież jest to praktycznie niemożliwe. Zapowiadali znawcy przedmiotu, aby samorządy zakupiły nowoczesne instalacje do segregacji. Dzisiejsza technika pozwala na odzysk z góry śmieci przysłowiowego żółtego guziczka, miast katować nas wątpliwą segregacją.

Prawo unijne nie narzuca dokładnych rozwiązań, zakłada jedynie efekt końcowy, który nie budzi kontrowersji. Musimy uruchomić mechanizmy opłacalności w gospodarce śmieciowej. Przykład choćby mlekomatów, gdzie moglibyśmy chodzić do marketów, sklepów osiedlowych z własnymi odpowiednimi opakowaniami na mleko do automatu. Nawet piwo jest wożone w kegach i rozlewane w barach. Miliony opakowań śmieci! Przykłady można mnożyć. W żaden sposób nie możemy się zgodzić z naszymi uregulowaniami śmieciowymi. Zaiste śmieciowymi, gdzie kiedyś kilka osób administrowało tę dziedzinę. Obecnie, jak słyszę, zajmuje się tym kilkadziesiąt osób w Rzeszowie. To tylko moja sygnalizacja. Nikt nie zabronił nam w Polsce, aby mądrze uczynić zadość uregulowaniom unijnym poprzez mądre nasze polskie rozwiązania organizacyjne w gospodarce śmieciowej. Na razie mamy zniewolenie organizacyjne i zapowiedź zniewolenia finansowego z powodu banalnych z pozoru śmieci.

Edward SŁUPEK

Rzeszowski kanibalizm polityczny

Jakoś nie lubimy swoich?

Zjadanie osobników politycznych własnej partii to praktyka, która miała miejsce podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w Rzeszowie. Polegała na tym, aby nie głosować na kandydatów rzeszowian aspirujących do bycia parlamentarzystą. Dotyczyła wszystkich ugrupowań politycznych biorących udział w wyborach i – jak to bywa – z jednym wyjątkiem, czyli Sojuszem Lewicy Demokratycznej zwanym Lewicą. Nie jest to łatwo wytłumaczyć. Na pewno dla miasta wojewódzkiego niedużych rozmiarów jest to zgubne. Po prostu nie mamy swoich przedstawicieli w parlamencie. Jedynym wyjątkiem okazał się Wiesław Buż z Lewicy. Warto byłoby namówić naukowców z różnych branż, zajmujących się naukami społecznymi, do rozpracowania tego fenomenu rzeszowskiego.

Znane nazwiska z Prawa i Sprawiedliwości w Rzeszowie – Andrzej Szlachta, Wojciech Buczak, Krystyna Wróblewska – przegrały z kandydatami spoza Rzeszowa. Mówią pokątnie w mieście, że wrogi stosunek do siebie w czasie kampanii wyborczej sprawił samowyniszczenie aspirujących. W innych partiach, jak np. Platforma Obywatelska, również zadziałał mechanizm samowyniszczenia. Niezrozumiale głosowano na obcych umieszczonych na pierwszych miejscach list. Wygrał Paweł Poncyliusz umieszczony przez centralę PO na pierwszym miejscu. Znany i ceniony prawnik, profesor z Rzeszowa Zdzisław Gawlik nie znalazł uznania w głosowaniu rzeszowian na liście PO. Podobnie się stało w moim Polskim Stronnictwie Ludowym. Wyborcy zaufali umieszczonemu na pierwszym miejscu Stanisławowi Tyszce. Wszystkie pierwsze miejsca na listach w naszym regionie wyznaczyli szefowie partii z pozycji warszawskiej. Nie wiem, jak skomentować preferencje rzeszowian, ale wygląda na to, że jakoś nie lubimy swoich – niekiedy sąsiadów, ludzi znanych z działalności w regionie.

Wygrane „jedynki” to tacy w przenośni nieskazitelni, bo nieznani? Czy to tęsknota za kimś przybyłym na białym koniu? A przecież byli to po prostu funkcjonariusze partyjni wstawieni na życzenie warszawskich central partyjnych. Jeszcze bardziej zadziwiające są wolty prezydenta Tadeusza Ferenca czynione podczas kampanii wyborczej. Wpierw wystąpił z dwoma najbliższymi z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, której to partii jak i środowisku spółdzielczemu sporo zawdzięcza w swoich staraniach o funkcję w rzeszowskim ratuszu. Przez wiele tygodni krygował Platformę Obywatelską, że będzie jej liderem na rzeszowskiej liście. Prawie na końcu kampanii uczynił zwrot i ze zdeterminowaniem wsparł aktywnie Marcina Warchoła z Prawa i Sprawiedliwości, co ma zaowocować przejęciem zamku Lubomirskich na potrzeby samorządu Rzeszowa.

Dobrze by było wiedzieć, czemu i komu ma służyć zamek, który jako potężny zabytek wymaga niemałych nakładów mogących pogrążyć budżet miasta. Jeśli już tak, dobrze by było, aby był na utrzymaniu z budżetu centralnego, np. resortu kultury. Sylweta zamku przez lata była chroniona jako dominanta i piękno architektoniczne. Dlaczego obecnie psuje się krajobraz Rzeszowa, obudowując sylwetę zamku deweloperką w stylu z trzeciego Świata. Szemrzą w mieście, że aktywne opowiedzenie się po stronie PiS było poprzedzone akceptacją przez prezydenta startu wiceprezydenta Marka Ustrobińskiego jako kandydata na posła z list Platformy Obywatelskiej. Wyglądało to na tzw. niedźwiedzią przysługę ze strony prezydenta, mając na uwadze swojego ewentualnego następcę. Działania znamionują rażącą niewdzięczność wobec swoich sympatyków i oddanych prezydentowi wielu działaczy, współpracowników i sympatyków. Brak na razie komentarzy, wszyscy zamilkli. Środowisko SLD z dużą elegancją nabrało wody w usta i milczy jak zaklęte. Powiada się, że milczenie jest przygotowaniem do wojny. Co się wydarzy, trudno przewidzieć. Pan prezydent konfidencjonalnie mawia „moją partią jest Rzeszów”. Parafrazując tytuł naszego miesięcznika „Naszym domem jest Rzeszów”. Po ukonstytuowaniu się nowego rządu sceptycznie widzę naszych tam znaczących przedstawicieli. Personalna degradacja regionu.

Edward SŁUPEK

Głosujmy przekornie

Demokratyczna wrażliwość to uczestnictwo w wyborach

Ukułem sobie prostą  tezę, że zarządzanie to  przewidywanie następstw  decyzji. A przed zbliżającymi  się wyborami parlamentarnymi  chciałbym prosić, aby  u nas na ścianie wschodniej głosować przekornie,  czyli interesownie dla demokracji. Aby po  wyborach przyszła władza została zmuszona  do współrządzenia. Dojrzałe demokracje funkcjonują  przez lata, nie posiadając większości  parlamentarnej. Tworząc mniejszościowy rząd  elekcją społeczeństwa, rządzący muszą się wy-  kazać umiejętnością liczenia się z mniejszościami  parlamentarnymi. Wymaga to niemałej elastyczności  układania się z tymi mniejszościami  parlamentarnymi, które w kampanii wyborczej  odsądzało się od przysłowiowej czci i wiary. 

Przy jednolitym społeczeństwie etnicznym,  kulturowym i religijnym nasze podziały  i spory są jakby banalne. Myśląc pozytywnie  o rodakach, wszyscy chcą dobrze dla ojczyzny.  Zatem udowadnianie, że ktoś jest lepszym katolikiem  czy większym patriotą, jest nie do rozstrzygnięcia.  To taki spór, jak o Kusego i Sokoła  z epopei Mickiewicza. Ważne, że coś chcemy  dobrego uczynić dla ojczyzny i dla swojego regionu.  Partie polityczne, jak spadające gwiazdy,  rozświetlają i zanikają. Oczywiście nie dotyczy  to Polskiego Stronnictwa Ludowego istniejącego  już 124 lata z różnymi okresami; tymi świetnymi,  a i na pewno błędów w jego historii dałoby  się doszukać. Mnie przekonuje retoryka Henryka  Nicponia startującego z listy PSL (ostatnie  miejsce). 

Jako przykład braku elegancji w demokracji  mogę podać wybór Mariana Banasia na  szefa Naczelnej Izby Kontroli. Wybór przedstawiciela  partii rządzącej absolutnie na szefa  najważniejszej instytucji kontrolnej w państwie  jest zaprzeczeniem demokracji i podstawowych  standardów parlamentarnych, po prostu pychą  władzy. Dotychczas tak się utarło, że szefem  NIK był przedstawiciel opozycji, jak choćby kiedyś  śp. Lech Kaczyński, lansowany po tragicznej  śmierci w katastrofie samolotowej przez rządzące  PiS na niebywałego herosa czy bohatera. To  taka niepisana zgoda ówcześnie rządzących, aby  to właśnie opozycja merytorycznie patrzyła na  ręce rządzącym. Ostatnio zostało to zachwiane,  bo uzyskanie bezwzględnej przewagi mandatowej  w parlamencie dało pretekst do nieliczenia  się z opozycją. Partia, która tak faktycznie uzyskała  poparcie około 19 proc. Polaków uprawnionych  do głosowania, rządzi od czterech lat  niepodzielnie i panoszy się niezrozumiale dla  logiki arytmetycznej.

Demokracja to nie rząd PiS, tylko rząd  Rzeczypospolitej. Drażni takie określenie używane  często przez rządzących. Okres kampanii  wyborczej to czas uwodzenia społeczeństwa,  aby wygrać wybory, okres agresji i obietnic. Powyborczo  należy zapomnieć o tym narowistym  smaganiu się i doświadczyć takiego oto olśnienia  i zrozumienia, że wygrani są wygranymi dla całego  społeczeństwa, a nie tylko dla jednej partii.  Najlepiej gdy wygrani posuną się nieco na ławce  władzy i będą liczyć się z opozycją, układać  z nią, przez co większość społeczeństwa odczuje,  że władza się z nią liczy. Przywołam tutaj scenkę  ze swojej pracy zawodowej, gdy 39 mieszkańców  bloku sprzeciwiało się wycince drzewa na wniosek  jednego mieszkańca. Ale ten jeden był inwalidą  na wózku i to drzewo całkowicie zasłaniało  mu dostęp do światła. Po trudnych mediacjach  doprowadziłem do wycinki.  

Najgorsze może być to, że przy absolutyzmie  w demokracji społeczeństwo może  wybuchnąć jak podczas rewolucji. Nie jest to  nikomu potrzebne, bo ofiar wtedy wiele. Jak  zatem przed decyzją wyborczą przekazać myśl  o wrażliwości powyborczej. Lokalnie nasi parlamentarzyści  niewiele znaczą. Ci z partii rządzącej  PiS są zakładnikami sytuacji, że o składzie  listy lokalnej PiS decyduje prezes w centrali  partii w Warszawie. Jestem zwolennikiem kolegialnego  systemu. Zapędy w stylu absolutyzmu  oświeconego bywają złudne. Przerażenie budzi  kanonada obietnic ekonomicznych. Wielu rozważnych  ludzi twierdzi, że działanie prowadzące  do utraty etosu pracy jest psuciem społeczeństwa  na wiele lat. To się odczuwa, ale ciężko  się takiemu obłąkańczemu stylowi przeciwstawić.  Fałszywym tonem jest też podpieranie się  w walce wyborczej argumentami religijnymi, że  jest się lepszym katolikiem… Przy jednolitości  religijnej naszego kraju są to ludzie niebezpieczni,  co zaświadcza historia, kiedy to w imię wiary  dochodziło do największych pogromów. Zatem,  aby doszło do zarządzania wespół ze społeczeństwem,  a nie tylko społeczeństwem – musimy iść  do wyborów.

Edward SŁUPEK