Umiejętność bycia razem

Polecane

W demokracji najważniejsza jest debata społeczna

Oczekujący spokoju na świecie zamarli na sposób przekazania władzy przez ustępującego Trumpa na rzecz prezydenta Bidena. Wydawało się nam, że demokracja, tak od lat deklarowana przez władze USA, jest tam wzorem dla świata. Otóż podnieśli głowę przegrani w głosowaniu na prezydenta. Prawie zawsze odbywa się to z inspiracji głównego przegranego, jakim był prezydent Trump. Powstała społeczna mieszanina wybuchowa poprzez stwierdzenie o fałszu wyborczym. W demokracji zawsze mamy do czynienia z co najmniej połową niezadowolonych z wyniku wyborów. Tutaj należy sobie wytłumaczyć, co zrobić z tymi przegranymi demokratycznie? Jak oni powinni się zachowywać? Największą sztuką jest zachowanie spokoju społecznego. Podstawą do tego powinien być brak pychy zwycięzców wyrażany u nas w stylu „teraz k… my”, należy też wystrzegać się tryumfalizmu. Wmawianie, że zdobyliśmy władzę na wiele kadencji, z usuwaniem każdego z frakcji przegranych, jest stworzeniem niegasnących konfliktów i podziałów na przyszłość.

Pisząc ogólnie, cały czas mam na myśli nasze polskie głębokie podziały w społeczeństwie. Brak mi odniesień władzy do opozycji. Trudno wykazać, że rządzący liczą się z całym narodem. Odnosi się wrażenie, że władza ma być bezwzględna w swych rządach. Najlepiej, żeby strona opozycyjna opuściła kraj. Przecież każda władza zostanie utracona w wyniku wyborów! Po cóż zatem ta praktyka bezwzględnego nieliczenia się z opozycją? My też na wzór amerykański mieliśmy nie tak dawno, po przegranych wyborach przez prawicę, oskarżenie o fałszerstwa wyborcze. Jakoś się to rozmyło. Takie oskarżenie grozi niepokojami społecznymi na niebywałą skalę. W demokracji najważniejsza jest debata społeczna. Narzucanie własnej racji bez debaty społecznej to zalążki dyktatury, potężnych podziałów, cierpienia. Zawsze należy przypominać historię Niemiec, gdzie człowiek, którego nie powinno się wymieniać, doszedł demokratycznie do władzy, niszcząc potem oponentów i demokratycznie myślących. Może to drastyczne przywołanie, ale nadzwyczaj realistyczne. Wydaje się, że dwa państwa na świecie są swoiście „biedne” przez to, że są takie potężne i wmawiają swoim społeczeństwom przekonanie o panowaniu nad światem. Ileż kapitałów pochłonął wyścig zbrojeń USA i Rosji (w tym ZSRR), aby panować. Dobrze jedynie się stało, że nigdy w historii nie doszło między nimi do otwartego konfliktu. Ale ileż wyrzeczeń poniosły te mocarstwa w imię panowania nad światem, ciągle się zbrojąc. Gdyby te potencjały materialne i intelektualne przeznaczono na dobrobyt tych społeczeństw, jakże ogromne to byłyby dla nich korzyści. W imię panowania nad światem mamiono własne społeczeństwa o potrzebie wyrzeczeń i prowadzenia gospodarki wojennej. Najbardziej ucierpiała na tym Rosja. Twierdzi się, że amerykańskie społeczeństwo przez ten wyścig nie należy do najbogatszych, zwłaszcza jeżeli chodzi o infrastrukturę społeczną (system ubezpieczeń).

Ważna jest dla nas Ameryka, gdyż od sąsiadów ze wschodu i zachodu doznaliśmy wiele okropności w postaci zaborów, wojen. Ale wobec zapowiedzi, że do 2028 r. Chiny przegonią gospodarczo USA, trzeba z dużą rezerwą podchodzić do Stanów Zjednoczonych jako opiekuna Polski w Europie. Ameryki może nie być stać na bycie dla nas gwarantem pokoju. Może sięgnąć do tradycji autarkii, czyli samowystarczalności, zrywając z panowania nad światem. W jakiś sposób musimy stworzyć model stosunków z Rosją na wzór tych z Niemcami. Sadzę, że jest to nieuniknione. Chiny są beneficjentem czterech tysięcy lat cywilizacji Wschodu. USA i wiele innych krajów przekazało Chinom majątek wytwórczy, który stał się zalążkiem ich sukcesu gospodarczego. Przekazując, myślano, że 1,5 miliarda ludzi w Chinach będzie bezkrytycznie produkować na modłę USA i Zachodu. Oni, mając cywilizacyjnie odłożoną inteligencję, spożytkowali to, stając się mocarstwem produkcyjno-technologicznym. To takie spostrzeżenia globalne, jak globalna stała się pandemia Covid19, bardzo demokratycznie nas wszystkich ziemian doświadczająca.

 Edward SŁUPEK

Marzenie o normalności

Polecane

Może będzie lepiej w tym roku?

Niewielu    rodaków    nie    uznałoby  za  swoje  słowa  z Kwiatów  polskich  Juliana   Tuwima   „Niech   prawo   zawsze   prawo   znaczy,/   A   sprawiedliwość   –   sprawiedliwość”.  Jeżeli  do  tego  dodać  nieużywane  w  życiu  publicznym  pojęcie  czułości,  tak  pięknie  wyrażone  w  mowie  noblowskiej  przez  naszą  ostatnią  laureatkę  tej  nagrody  Olgę  Tokarczuk,  to  będzie  wyrażone  przez  literatów marzenie o normalności w ojczyźnie.

Wchodząc  do  Unii  Europejskiej  na  pewno  spełniliśmy  marzenia  wielu  pokoleń  Polaków  o  Europie  spokojnej  i  uniwersalnej  dla  wszystkich  Europejczyków.  Przez  wieki  walcząc  o  wolność  i  suwerenność,  uznaliśmy  nacjonalizm  za  cnotę.  Pojęcia  obcy,  wróg  wrosły  w naszą świadomość. Jak wytłumaczyć, że wobec  wszystkich  nacji  europejskich  nie  wypada  być obcym, wrogiem, a zwłaszcza nacjonalistą w  starym  stylu.  To  trzeba  odrobić  świadomościowo.  Okropnie  to  wyglądało  przy  ostatnich  negocjacjach  o  budżet  europejski.  Miast  bić  w  bębny  nacjonalistyczne  przez  propagandę  rządową,   należałoby   tłumaczyć   nam   skomplikowaną  problematykę  bycia  razem  w  Unii,  a dodatkowo być doskonałym negocjatorem.

Przyzwalanie na prymitywny nacjonalizm to bliska droga do faszyzmu. Faszyzm to nie ideologia, a rządy dyktatorskie uzyskane demokratycznie jak w Niemczech w latach trzydziestych minionego wieku. Do głowy by nie przyszło komukolwiek ze środowiska niepodległościowego, że Polska jako członek Unii Europejskiej będzie postrzegana jako państwo nieprzestrzegające zasad praworządności, przez co możemy stracić poważne środki unijne. Przypomnę, że w 1975 r. za PRL ówcześni rządzący zgodzili się na pewne odmrożenie zasad praworządności na konferencji KBWE w Helsinkach.

Żenuje ta ukuta wobec Europy przez obecnie rządzących wersja praworządności. Nawet polski minister spraw zagranicznych jest powszechnie nieznany. Tak samo nie jest powszechnie znany minister finansów. Z drugiej strony opozycja też jakaś nijaka. Brak czytelnego przekazu co do planu nie tylko na objęcie władzy, ale i jej sprawowanie. W środowiskach otwartych na świat słyszy się o potrzebie unowocześnienia państwa, co wymaga bardzo radykalnych reform na poziomie władz państwowych, a także rewolucji w samorządach.

Po pandemii przy zdalnej pracy już niewiele może być tak samo. Informatyka na wiele pozwala. Wiele dziedzin życia można prawie zrewolucjonizować. Nie do przyjęcia są długotrwałe terminy na załatwienie prostych z pozoru spraw, jak choćby czekanie do roku na wpis do ksiąg wieczystych. Przeszedłem covid. Najpierw po pierwszych objawach zadzwoniłem do pani doktor rodzinnej. Odebrała pani, twierdząc, że za dwa dni oddzwoni pani dok tor. Tak  się  stało.  Zostałem  tylko  uspokojony, że nie  ma  żadnych  leków  na  wirusa.  Wymusiłem  test,  na  którego  wynik  czekałem cztery dni. Dość ciężko to przeszedłem, ale cały świat tak  samo  jak  my  w  Polsce  z  tym  sobie  nie  radził. Dlatego nie rozumiem tego sceptycyzmu co do szczepień. Nawet wszystkie polskie krowy mają swoje paszporty,  w  których  odnotowywane  są  szczepienia.  Od  nieszczepionej  krowy  mleko  nie  może  być  przetwarzane.  Szczepionka  jest  wytworem  świata  nauki.  Na  nic  nie  ma  super  pewności,  ale  historia  uczy,  że poprzez szczepienia świat pozbył się „morowych  pandemii”  prześladujących  cywilizację  milionami ofiar.

Jak to będzie ze strajkiem kobiet. Sądzę, że w  konsekwencji  ich  protest  nie  pójdzie  na  marne.  Z  tym  poziomem  świadomości  społecznej  przyszedł  czas  na  wolną  wolę  każdego  obywatela w wielu sprawach, o których mówią kobiety.  Przy  okazji  nie  podoba  mi  się  protestowanie  pod  prywatnymi  domami  prezesów  partii,  co  wywodzi  się  z  wieców  przed domkiem Wojciecha Jaruzelskiego  w  przeszłości,  a  teraz  doświadcza  tego  Jarosław  Kaczyński.  Nie  widzę  również  potrzeby  uchwalania  ustawy  o  prawach  zwierząt.  Są  to  sprawy  ze  sfery  moralności  społecznej.  Uważam  nasze  społeczeństwo za wyczulone na los zwierząt.

Co  oznacza  dla  Polski  prezydentura  Joe  Bidena?  Czy  polski  rząd,  popierając  administrację  Trump,  nie  popadnie  w  tarapaty?  Zanotowaliśmy ewidentny brak rozwagi ze strony naszego  rządu  w  relacjach  ze  światowym  mocarstwem. Cóż, niewiele się zmieni oprócz kalendarza. Może będzie lepiej, normalniej?

 Edward SŁUPEK

Betonowanie Świata

Polecane

Sielska jabłoń zbliży nas do ogrodów?

Linia  prosta  i  kąt  prosty  jest  idealnym  wytworem  ludzkiego  geniuszu.  Gdy  się  rozejrzymy   bliżej   czy   dalej,  wszędzie  króluje  idealna  gładź  i  kąt  prosty.  Gładkość  ścian   w   naszych   mieszkaniach stała się niekiedy obsesją właścicieli. Spece od wykończenia wnętrz opowiadają, jak to przy odbiorze  prac  używa  się  latarek  do  stwierdzenia idealnej gładzi. Tak samo projektowane budowle  i  budynki  to  królujący  kąt  prosty  i  linia  prosta.  A  zarazem  wszystko,  co  wokół  nas  jest  wytworem  natury,  przyrody,  pozbawione  jest  tej  idealnej  ludzkiej  geometrii  w  postaci  linii  prostej  i  kąta  prostego.  Piękny  kwiat,  przyroda  wokół nas, ciało kobiety, nie znajdziesz kąta prostego czy gładkości idealnej. To nam się podoba w sposób naturalny, uspokaja nas na pewno od początku dziejów.

Idealnym  materiałem,  aby  uporządkować  świat  na  ludzką  modłę,  stał  się  beton.  Pozwala  on  na  stworzenie  wokół  nas  ludzką  ręką  niezliczonych kątów prostych i gładzi. Stąd Jan Mencwel  stworzył  pojęcie  betonozy  w  swojej  publikacji Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta. Nie będę wskazywał konkretnych przykładów betonozy  w  Rzeszowie,  gdyż  pewnie  i  mnie  można by takie przykłady nadmiernego betonowania przestrzeni udowodnić. Powiem, że nieśmiało protestowałem przeciwko powszechnemu kostkowaniu wokół nas, ale pragmatyczna wygoda zawsze zwyciężała. Używałem nawet przykładu z umiłowanego przez wielu Lwowa, gdzie można spacerować cały dzień po bruku, nie odczuwając wieczorem zmęczenia. Po prostu przy każdym kroku noga układa się inaczej, jak to w naturze występuje, na lwowskim bruku. Jest jeden wyjątek przeciwko – panie w szpilkach.

Betonoza to kosztowne zabetonowanie na jedną modłę ryneczków naszych podkarpackich miast i miasteczek. Przy okazji w wielu wypadkach wycięto drzewa na tych rynkach. Słyszałem nawet uzasadnienie, że w ich zbawiennym cieniu raczyli się alkoholem tacy, co lubią się raczyć. Koszt, jak to nazwano rewitalizacji w stylu betonozy, był ogromny. Wprawdzie ze środków unijnych, ale można by było spożytkować te środki finansowe rozsądniej. Dziesiątki kilometrów traktów kostkowych w gminach z oświetleniem wzdłuż nie zawsze ma uzasadnienie. W naszych miastach, z Rzeszowem włącznie, łatwiej walczyć z drzewem niż z deweloperem albo urzędnikiem. Wiadomo, że drzewo w przypadku zamysłu dewelopera ulegnie poprzez decyzję urzędu. Bywa, że ludzie protestują, ale podszyci strachem przed lokalnymi układami. Wielu pracowników urzędów przejawia wrażliwość co do utrzymania drzew przed zamiarami deweloperów, ale wolą siedzieć cicho. Wcale nie chodzi o zaniechanie inwestowania. Trzeba to robić mądrze, oszczędzając istniejące drzewostany, szukając kompromisu ekologicznego.

Przy okazji ciśnie się pytanie, jak to jest z tymi wsiami przyłączonymi do Rzeszowa. Dominującą tendencję, jaką się zauważa, to budowa solidnych płotów jako najbardziej solidnych budowli. Przecież weszli do Rzeszowa, przed czym albo przed kim oni się grodzą. Trzeba coś z tym uczynić. Apeluję do radnych, aby tereny ogólnodostępne niezagrodzone, zwłaszcza użytkowane przez wszystkich, będące w posiadaniu spółdzielni mieszkaniowych, potraktować inaczej podatkowo. Gdyby ogrodzić tereny spółdzielcze, miasto zostałoby zdezorganizowane. Wymaga to poważnej debaty, a zwłaszcza uchwalania planów zagospodarowania o różnym poziomie ogólności. W wielu przypadkach przyłączone miejscowości są tak zagrodzone betonowymi płotami, prawie w dróżce, po której ciężko przejechać. Aby się wyminąć, samochody cofają się setki metrów. Betonoza płotów przywodzi mi na myśl zabudowę w państwach islamskich, gdzie za wysokim parkanem można mieć harem. Istnienie takich parkanów i płotów wzbudza ciekawość, cóż to za nimi jest? Aby trochę zneutralizować betonozę, pojawiają się projekty zakątków nasadzeń w postaci drzew owocowych w mieście. Sielska jabłoń, grusza, dereń, pigwa jakoś na powrót zbliży nas do ogrodów, jak pisał i śpiewał Młynarski.

Edward SŁUPEK

Naszym domem RZESZÓW

Twórczość architektoniczna jest bardzo ważna

Jubileusz 15-lecia powstania miesięcznika w czasie, gdy szaleje zaraza koronawirusa, minorowo nastraja. Boimy się o swoje zdrowie i bliskich. Staliśmy się mniej zarozumiali, gdzieś pychy jakby mniej. Nie uczyniliśmy ziemi sobie poddanej. A już nam się wydawało! Eksploracja kosmosu, zdobycze nauki. A tu taki wirus zahamował, odmienił w postrzeganiu i działaniu cały świat.

Patrząc ze swej strony, Spółdzielni Zodiak, nasze 15 lat to powstanie nowego osiedla Staromieście Ogrody. Budowa w nowej Polsce 2000 mieszkań. Poprzednio wybudowane osiedle to Pobitno Południe, gdzie ceny mieszkań osiągają najwyższe ceny. Geneza Staromieścia Ogrody to uchwalenie w 2000 r. przez samorząd miasta planu zagospodarowania przestrzennego dla osiedla zlokalizowanego na 49 hektarach (trochę więcej niż Watykan, który ma 44 ha). Animatorami planu byli ówcześni prezydenci Rzeszowa dr Andrzej Szlachta i jego zastępca Wiesław Walat.

Przywołując fakty, chciałbym zobrazować, że najważniejszą sprawą dla życia i rozwoju miasta jest odpowiednia polityka planistyczna. Po prostu nie zawsze tworzący plany realizują je w przyszłości. Tutaj kłania się profesjonalizm i rozwaga, a nie koniunkturalizm podejmowania decyzji w stylu Bari, gdzie zarozumiały decydent jest w stanie nawet przesunąć jezioro. Mając do dyspozycji uchwalony plan, jako inwestor musimy precyzyjnie realizować jego zapisy. Tak też czyniliśmy, z jednym wyjątkiem. Prezydent miasta doprowadził do sprzedaży kwartału terenu deweloperowi z jednoczesną zmianą planu zezwalającą na podwyższoną zabudowę jedynie deweloperowi. Komentarz do tego jest taki, że naruszanie zasad jest barbarzyństwem i zarozumialstwem społecznym.

Mając uchwalony plan, zleciliśmy zaprojektowanie poszczególnych obiektów inż. arch. Mieczysławowi Gale, nota bene pan Mieczysław konsultował powstanie planu zagospodarowania. Tutaj wspominam, że pan Mieczysław uznał, iż ma powstać intymne, wygodne osiedle o niskiej zabudowie. Oburzał się na zagęszczanie zabudowy. Pamiętam, jak mówił, że przez minimum sto lat, gdy dotrzymamy zasad i standardów, nikt nie będzie na nas narzekał. Irytował się na królującą zasadę PUM (powierzchnia użytkowo-mieszkalna), czyli napakowania na małej powierzchni zabudowy jak największej powierzchni mieszkalnej. Takie działanie to czysta komercja. Z dużym uporem i elegancją nie pozwolił zepsuć zabudowy Pobitna Południe, chociaż tam nie byliśmy związani planem zagospodarowania. Już sobie wyobrażam, że taki teren dostaje się w ręce dewelopera. Od razu projekt w stylu Trzeciego Świata, czyli napakowanie niewyobrażalnej liczby mieszkań na małym terenie. Nie chcę wymieniać przykładów w naszym mieście, ale wiadomo, o jakie anty przykłady chodzi. Pamiętam, jak pan Mieczysław na moją sugestię dotyczącą kolorystyki obiektów mieszkalnych spojrzał na mnie znacząco i zapytał: architektura czy malarstwo. Niestety, twórca architektury Rzeszowa zmarł niedawno.

Nasz miesięcznik prezentuje różne rodzaje twórczości. Twórczość architektoniczna jest bardzo ważna, gdyż powstałe obiekty mogą przez lata stanowić zakałę dla miasta. Nasze Staromieście graniczy z dumną gminą Trzebownisko. Gdy rozpoczynaliśmy budowę Staromieścia, miasto w dyktatorski sposób oznajmiało przyłączenie gminy Trzebownisko do Rzeszowa. Nic z tego nie wyszło przez cyniczne zachowanie władz miasta. Pycha władz oburzyła dumnych działaczy Trzebowniska. Był nawet czas, że my zapragnęliśmy przyłączenia Staromieścia do Trzebowniska, ale to taki performans. Godzi się również skomentować przyłączenie małych wiosek do Rzeszowa. Przyłączenie kilkudziesięciu domów, a larum o wielkim sukcesie. Wszystko powinno być poprzedzone odpowiednim procesem planistycznym. Aby udobruchać Trzebownisko i je przyłączyć, trzeba pokazać perspektywę na wiele dekad. Na pewno nie stanie się to w stylu obecnej władzy .Nad tym wszystkim rozpościera się polityka po rzeszowsku. Pytają mnie w Polsce, jaka opcja rządzi w Rzeszowie? Powiadam, że skrajna prawica na czele z prezydentem, który z lewicowych radnych uczynił nic nieznaczących przytakiwaczy. Hipokryzja po rzeszowsku.

Edward SŁUPEK

Nieborów zdrojem dla Rzeszowa

Cieszy duma z inicjatyw lokalnych

Nieborów to urokliwe sołectwo położone w gminie Hyżne zaledwie 20 km na południe od Rzeszowa. Źródła podają, że powstał na przełomie XVII i XVIII w. po wykarczowaniu lasu. Panuje tam łagodny podgórski klimat korzystny dla podratowania zdrowia, sprzyjający wypoczynkowi i rekreacji. Teren Nieborowa to Pogórze Dynowskie nad rzeczką Nieborów wpływającą do Tatyny, a następnie do rzeczki Ryjak należącej do Doliny Strugu. Nieborów znajduje się na terenie Hyżnieńsko-Gwoźnickiego Obszaru Chronionego Krajobrazu. Urozmaicony krajobraz poprzeplatany wzniesieniami i dolinami, zalesiony lasami mieszanymi. Otoczenie tworzą lasy zagajniki na przemian z osuwiskami i jarami. Krajobraz poprzeplatany jest licznymi drogami polnymi, ścieżkami idealnymi dla rekreacji. Zimą zaletą jest wyciąg narciarski w Dylągówce, całkiem nieopodal.

Najważniejszym jednak cymesem Nieborowa jako uzdrowiska-zdroju jest obecność wód mineralnych siarczkowo-chlorowo-sodowych oraz borowin w moich rodzinnych Szklarach, w kompleksie leśnym Kwatyni. Eksploatacja borowin oraz wykorzystanie wód mineralnych jako elementu naturalnego może stanowić podwaliny do reaktywowania Nieborowa jako zdroju. Reaktywowania, gdyż w międzywojniu istniało w Nieborowie uzdrowisko. Kuracjusze mieli do dyspozycji 5 budynków do lecznictwa balneologicznego z dziesięcioma wannami do leczenia chorób reumatycznych wodami siarczkowymi. Wojnę przetrwały dwa budynki, budynek łazienek oraz drewniany pensjonat z pokojami na około 100 osób. Do lat siedemdziesiątych obiekty były wykorzystywane przez różnych gestorów, popadając systematycznie w ruinę. Odrestaurowany pensjonat służył nawet do 1973 r. jako obiekt kolonijny dla 150 dzieci.

Finałem upadku był pożar pensjonatu w 2001 r. Do dzisiaj w gminie Hyżne trwają luźne dywagacje nad naturalnym potencjalnym skarbem Nieborowa i Szklar. Miejscowym marzy się powstanie uzdrowiska-zdroju, czyli reaktywacja działalności zdrojowej w Nieborowie i okolicy. Zaskoczył mnie zaproszeniem na spotkanie inicjatywne w tej sprawie pan Antoni Bosek, właściciel gospodarstwa agroturystycznego, zagrody edukacyjnej i stadniny koni. Człowiek z przymiotem działania w pozytywnej sprawie. Jego zagroda, stadnina „Boska Dolina” – ależ wymowna nazwa – jest perełką wypoczynkową i edukacyjną w Dylągówce obok wyciągu narciarskiego Ostra Góra. W spotkaniu wzięli udział entuzjaści zdroju: wójt gminy Hyżne Bartłomiej Kuchta, przewodniczący Rady Gminy Bogusław Kotarba i wiceburmistrz Błażowej Andrzej Wróbel, mieszkaniec gminy.

Obecni na spotkaniu wyrazili całkowitą wolę reaktywowania uzdrowiska Nieborów. Zgodziliśmy się, że podstawą do jakiegokolwiek działania będzie określenie aktualnej wydajności źródeł wód i borowiny do funkcjonowania zdroju. Fachowa inwentaryzacja pod względem wydajności i właściwości leczniczych powstrzyma albo rozbudzi nasze nadzieje i zapędy do tworzenia. Gdyby się okazało, że natura daje nam potencjał i możliwości, to zgodziliśmy się z tezą, że należy opracować plan zagospodarowania przestrzennego mający ochronić bogactwo wód leczniczych oraz zapanować nad ładem przestrzennym, aby spełniał wymogi przyszłego uzdrowiska. Gdyby badania wypadły korzystnie, to uważam, że należałoby po prostu na początku otworzyć filię Rymanowa-Zdroju podległego marszałkowi województwa. Organizacyjnie najsprawniejszy zabieg, którego nie ma co uzasadniać. Rzeszów i jego mieszkańcy stanowiliby klientelę dla zdroju Nieborów.

Rozpędziłem się z marzeniami, ale co mi tam… Na pewno wielu uzna, że uprawiam jakąś prywatę dla swojej gminy Hyżne i rodzinnych Szklar, ale widzę tutaj szansę dla naszego Rzeszowa, abyśmy czuli się miastem wygodnym i przyjaznym do zamieszkiwania, mając na podorędziu swoje uzdrowisko w Nieborowie-Szklarach. Mielibyśmy wszystko w zasięgu ręki dla Rzeszowa. Cieszy duma z inicjatyw lokalnych, chęć zrobienia czegoś razem dla społeczności. Wiele znalazłoby się jeszcze inicjatyw reaktywujących zamierzenia naszych antenatów, jak choćby kolej wąskotorowa z tunelem w Szklarach, zdegradowana upływem czasu i ostatnimi klęskami powodzi, co wymaga połączenia sił wielu samorządów bez wypinania piersi do sławy przez żaden z nich.

Edward SŁUPEK

Korona wirusowy SAVOIR-VIVRE

Zasady dobrego zachowania to dorobek ludzkości

Z francuska savoir-vivre to zbiór zasad dobrego zachowania. Dotyczy to bardzo wielu dziedzin, na przykład reguł zachowania przy stole, pewnych reguł biznesowych, ubioru na różne okazje, zasad ruchu drogowego. Zasady dobrego zachowania to dorobek ludzkości. Grecy dążyli do doskonałości poprzez wyszukane ceremonie i praktykowanie uprzejmości. Przez wieki zasady zachowania, niezależnie od warstwy społecznej, były kanonem, wiedzą o życiu.

Szczególnym kanonem zasad zachowania jest zachowanie praktykowane w dyplomacji. Tam każde zdanie, gest jest przesłaniem międzynarodowym, sygnałem dla innego państwa. Stąd język dyplomatyczny jest sposobem na komunikację dla niekiedy zwaśnionych państw i społeczeństw. Godzi się przypomnieć tzw. dyplomację pingpongową, kiedy to sportowcy zapoczątkowali zbliżenie chińsko-amerykańskie w latach 70. XX wieku. Tutaj przypomina mi się wywiad ze słynną polską osobowością, jaką był minister Władysław Bartoszewski. Radził, że gdy nie wiadomo, jak się zachować w danej sytuacji, to należy zachować się po prostu przyzwoicie. No właśnie, jakie są granice przyzwoitości. Czyli dochodzimy, że dobrze znać zasady dobrego zachowania, aby wybrnąć z wielu sytuacji życiowych, aby nie być określonym jako człowiek bez elementarnych zasad wychowania i zachowania. Jedno wynika w zasadzie z drugiego. Przykładem w ruchu drogowym dobrego zachowania jest tworzenie przez kierowców „korytarzy życia” dla karetek, policji i straży pożarnej. To tylko przykład z ważnej dziedziny, jaką jest zachowanie w ruchu drogowym.

Od lutego jesteśmy zakładnikami niesamowitej sytuacji, która dotknęła cały świat bez wyjątku. Koronawirus sprawił, że musimy przeorientować nasze życie, zasady postępowań. Przed wirusem wydawało się nam, że ważne są tylko pieniądze i zdrowie, a świat jest nieograniczony. Możemy się przemieszczać, zwiedzać, bywać. Prawie wszystkie stopnie swobody. Wirus, pandemia uprzytomniły nam, że przez nieodpowiedzialne kontakty, bezrefleksyjne przemieszczanie się możemy sprawić sobie i bliskim nieszczęście w postaci zarażenia się paskudnym wirusem. Stąd wynikła potrzeba przeorientowania naszego życia, a zwłaszcza bieżących kontaktów, aby nie zarazić się wirusem, a także nie przyczynić się do jego rozprzestrzeniania. Uważamy, aby nikt niepowołany nie naruszył naszej przestrzeni prywatnej. To ta przestrzeń najbliżej ciała. Stąd staramy się mieć kontakt z jednym fryzjerem, do którego mamy zaufanie. Następna strefa to osobista i odległość społeczna. Na taką odległość zbliżają się znajomi, żeby podać sobie rękę. Tutaj trzeba pamiętać w naszej sytuacji szczególnie ,że to osoba starsza, ważniejsza wyciąga rękę na przywitanie. Wystarczy to sobie wpoić, a będzie bezpieczniej.

Od kilkudziesięciu lat zasady savoir-vivre’u w sytuacjach życiowych zmalały. Ważniejsza stała się wolność wyboru w zachowaniu. Jesteśmy na co dzień przestrzegani, aby zachowywać odległość społeczną. Regulamin wojskowy określa, że odległość, w jakiej staje podwładny, który chce zameldować przełożonemu, powinna wynosić trzy duże kroki. Nic do dodania. Po odległości, jaką dwie osoby zachowują między sobą, można się zorientować, czy są sobie bliskie. Przestrzeń zażyłości należy w sytuacji obecnej mocno weryfikować. Po prostu wszystkie zasady znane nam od wieków w zakresie kontaktów z bliźnimi są jak znalazł. Nie będzie nietaktem odmowa uczestnictwa w uroczystościach, jak wesela, chrzciny i inne uroczystości rodzinne. Wypada, jak na przykład zapraszają na wesele, od razu wręczyć kopertę, albo poprosić o podanie numeru konta. Nie będzie to nietaktem. Dobrze by było, abyśmy dużo i przy wielu okazjach rozmawiali o zachowaniu się w różnych sytuacjach. Powstała doskonała okazja, aby wpajać wszystkim zasady savoir-vivre’u. Na inną okazję zostawiam sobie zachowania w naszym życiu urzędowo-społecznym. Wydaje się, że katalog takich zachowań jest nieskończony. Obowiązuje tutaj odwieczna zasada– dajcie mi władzę, pokażę wam kim jestem.

Edward SŁUPEK

Po wyborach prezydenckich

125 lat ruchu ludowego.

W demokracji zawsze jesteśmy przed wyborami albo po wyborach. Przed ostatnimi napięcie społeczne osiągało szczytowe notowania. Podział binarny społeczeństwa – tych za PiS oraz przeciwko obecnej władzy – jest odzwierciedleniem podziałów społecznych, tych historycznych i innych bardzo niekiedy skomplikowanych. Nasze Podkarpacie na tym tle jawi się szczególnie. Najlepszy wynik w kraju osiągnęło PiS u nas. Szczególnie przygniatająca była przewaga poza Rzeszowem. Dla mnie to przykra sytuacja zapomnienia o ruchu ludowym. Słaby wynik Władysława Kosiniaka-Kamysza w regionie, gdzie zrodził się polski ruch ludowy, to bardzo wstydliwe.

Przecież 125 lat temu w gmachu Sokoła (obecnie teatr) powstała pierwsza partia ludowa na ziemiach polskich. Ciągła cyniczna narracja Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej sprawiła, że regiony wiejskie i małomiejskie nie wierzą, że mogą być reprezentowane przez szeroko pojęty ruch ludowy. Obrzydzanie ruchu ludowego odbywa się przez media rządowe oraz te będące we władaniu obydwu dominujących partii – PiS i PO. Robią tę propagandową robotę od zawsze i w sposób sugestywny. Ruch ludowy nie posiada swoich znaczących, o centralnym zasięgu, środków medialnego przekazu. Regiony pozamiejskie uwierzyły, że mogą ich sprawy reprezentować obce dla nich partie polityczne. Wszystko praktycznie odbywa się poprzez telewizję rządową, gdyż większość społeczeństwa jest na nią skazana z powodu braku dostępu do innych kanałów.

Cynizm tego procederu obrazuje choćby stosunek rządzących do ludowego przywódcy Wincentego Witosa, premiera obalonego w wyniku zamachu stanu. Otóż przy każdej okazji, gdy trzeba zohydzić ruch ludowy, składają kwiaty przy jego pomnikach. Nawet jeżdżą do Wierzchosławic, gdzie jest jego miejsce spoczynku. Na różne sposoby unikają jednak złożenia skutecznego wniosku o kasację haniebnego wyroku brzeskiego skazującego Witosa i wielu innych, którzy przeciwstawiali się reżimowi sanacyjnemu. Przypomnę, że Wincenty Witos skazany na więzienie emigrował za granicę. Ostatnio taki wniosek, po wielu zabiegach ludowców o kasację, złożył raczej niechętnie Rzecznik Praw Obywatelskich. Oczywiście bez rozgłosu, gdyż kasacja może stać się procesem o zbrodnie sanacji na ruchu ludowym i narodzie. Obydwa ugrupowania uważają sanację za świetlany przykład dla funkcjonowania państwa. Z uporem lansują kult Piłsudskiego jako wzór bohatera narodowego. Takim niewątpliwie był, ale jedynie do zamachu majowego w 1926 roku. Od tego zamachu był i jest zamachowcem stanu oraz symbolem zniewolenia demokracji choćby przez słynny proces brzeski.

Stąd podoba mi się zdecydowana postawa Władysława Kosiniaka-Kamysza, młodego wodza ludowców, który po wyborach oświadczył zdecydowanie, że nie będzie przystawką ani przybudówką dla PiS. Przeciął tym samym takie „robienie oka”, różnych póz przez rządzących, jakoby Polskie Stronnictwo Ludowe miało zostać koalicjantem PiS. Zadeklarował pójście własną drogą polityczną z uwzględnieniem 125-letniej tradycji ludowej. Tutaj należy odnieść się do słabego wyniku wyborczego Kosiniaka-Kamysza w wyborach prezydenckich. Przecież jeszcze w maju sondaże dawały mu bezpośrednią konfrontację w drugiej rundzie z prezydentem Dudą, z którym by wygrał. Wymiana kandydata przez PO na Trzaskowskiego była porozumieniem PO i PiS przed groźbą rozpadu PO, a także eliminacją kandydata ludowca. Nie udał się start kandydatowi Lewicy deklarującemu niezrozumiały przekaz nawet dla SLD jak na kandydata na najwyższy urząd.

Ludowość kojarzy się z polskimi samorządami, organizacjami stale funkcjonującymi, jak ochotnicze straże pożarne, koła gospodyń wiejskich, ludowe zespoły sportowe. Wszystkie organizacje o ludowych korzeniach rządzący przeciągają na swoje potrzeby umiejętnie, podkupując budżetowymi pieniędzmi. Sądzą, że lokalna duma oraz naturalne rozumienie potrzeb lokalnych sprawią modę na ludowość, pobudzą do szukania korzeni rodzinnych. Wielu w naszych rodzinach działaczy ludowych, żołnierzy Batalionów Chłopskich, bojowników o prawa demokratyczne. Na razie niepokoją zapowiedzi rozbioru województwa mazowieckiego dla łupu politycznego przez rządzący PiS. Solą w oku, że od lat świetnym marszałkiem województwa jest tam Adam Struzik, przedstawiciel Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do czego mogą dopuścić się rządzący dla władzy absolutnej. Na ten czas pamiętajmy o naszych korzeniach ludowych.

Edward SŁUPEK

Potrzeba bycia razem

Po kolejnej kadencji stowarzyszenia

Statutowym  obowiązkiem  jest  odbycie  raz  na  cztery lata Walnego Zebrania Członków   Stowarzyszenia,   które  pod  nazwą  Nasz  Dom  – Rzeszów, zostało zarejestrowane przez Sąd Rejonowy w Rzeszowie 9 października 2003 r. To już prawie 17 lat, jego medialne  dziecko  –  miesięcznik  o  tej  samej  nazwie  –  w  listopadzie  będzie  miał  jubileusz  15lecia,  które  minie  od  pierwszego  wydania  czasopisma.

Wspominam, że idea powstania stowarzyszenia zrodziła się podczas wycieczki z Triestu na Kretę, zorganizowanej przez ówczesnego dyrektora Zespołu Szkół Technicznych w Rzeszowie Jerzego Maślankę dla swojego grona pedagogicznego.  Monotonna  żegluga  statkiem,  sielska imprezowa atmosfera, bezkres południowego  morza…  Wtedy  to  nam  doproszonym  na  tę  wycieczkę,  w  tym  m.in.  mecenasowi  Arturowi  Kosturkowi,  zaświtała  myśl,  aby  zaistnieć  w zbliżających się wyborach do samorządu miasta  Rzeszowa.  Można  było  to  uczynić  poprzez zawiązanie stowarzyszenia jako komitetu wyborczego wyborców i wystawienie własnych kandydatów do samorządu miasta, w tym kandydata na prezydenta. Wymyśliliśmy, że będzie nim Jerzy Maślanka, który zapowiedział ukończenie swojej pracy w szkole, a był w sile wieku i sprawności. Taka była geneza stowarzyszenia. Przywołuję to zdarzenie dla pobudzenia wspomnień.

Teraz  na  kolejnym  już  walnym  zebraniu  sprawozdawczo-wyborczym  w  dniu  15  czerwca br. zarząd stowarzyszenia złożył obszerne  sprawozdanie  z  czteroletniej  działalności,  podkreślając,  że  podstawowym  powszechnym  dowodem na istnienie stowarzyszenia w odbiorze społecznym jest właśnie miesięcznik „Nasz Dom  Rzeszów”.  Unikatowość  miesięcznika  na  czele  z  Jerzym  Maślanką  oraz  zawodowcem  nadającym  ton  programowy  czasopismu  i  motywującym  do  pisania  tekstów,  zastępcą  red.  naczelnego  Ryszardem  Zatorskim,  polega  na  altruizmie piszących wolontariuszy. Jak spuentował  red.  Ryszard,  przewinęło  się  ich  przez  łamy  miesięcznika  grubo  ponad  stu.  Podkreślił  również,  że  brak  obecnie  czasopism,  gdzie  tak szeroko i konsekwentnie prezentowana jest sfera kultury, w tym w magazynie „Wers” twórczość  literacka,  debiutancka,  a  także  uznanych  luminarzy  pióra.  Dodatek  dla  dzieci  „Pluszak”  stanowi  zaś  niekiedy  inspirację  dla  nauczycieli  i rodziców w procesie nauczania i wychowywania najmłodszych.

Z dyskusji w czasie obrad utkwiły mi dwie symptomatyczne  wypowiedzi.  Pani  prof.  Krystyna Leśniak-Moczuk, szefowa Stowarzyszenia Krystyn Podkarpackich, opowiedziała nam, że jako socjolog zapałała misją uspołecznienia środowiska akademickiego, zapraszając studentów do  naszego  stowarzyszenia,  m.in.  na  okazałe  wieczory kolęd i inne spotkania, gdzie poznaje się  działalność  społeczną  i  ludzi  różnych  zainteresowań. Przy anonimowej ocenie nauczycieli akademickich przez studentów doznała jednak, delikatnie mówiąc, ostracyzmu z ich strony, którzy uznali jakoby ich do tego zmuszała. Dodała, że  życie  społeczne  w  środowisku  studenckim  zamarło. Nie istnieją żywo działające organizacje studenckie, jakie z rozrzewnieniem wspominali uczestnicy zebrania. Hałaśliwe juwenalia to impreza komercyjna, naszpikowana występami komercyjnych gwiazd, z przewagą uczestników spoza  środowiska  akademickiego.  Żeby  podkreślić swoją potrzebę uczestnictwa w życiu publicznym, dała do zrozumienia, że sama swojej postawy społecznej nie zmieni. Mocna ta nasza pani profesor! Z kolei Bogusław Kotula, określając  siebie  jako  „pnioka”  rzeszowskiego,  również  dodał  z  nostalgią,  że  był  członkiem  wielu  stowarzyszeń  o  przydatnych  społecznie  rolach,  jak  literackie  czy  historyczne.  Ich  działalność,  według  niego,  jednak  po  prostu  jakby  ustała,  zamarła.  Z  tej  wypowiedzi  dało  się  odczuć  żałość  za  ludźmi,  których  nie  ma,  a  następcy  nie  widzą potrzeby podobnej aktywności. Jako pozytyw  przykład  działalności  społecznej  wskazano  Klub  Sportowy  Junak  z  osiedla  Słocina, z członkami naszego stowarzyszenia Bartoszem  Cyganikiem  i  Bartoszem  Maślanką.  Tamże  społecznie  –  uzyskując  wsparcie  od  samorządu  miasta  w  ramach  Rzeszowskiego  Budżetu Obywatelskiego – udało się zbudować nowoczesny  stadion  służący  młodzieży.  Genezę  finansową  jego  powstania  przybliżył  nasz  członek,  poseł  Wiesław  Buż,  wieloletni  przewodniczący  Komisji  Budżetu  Obywatelskiego  w Radzie Miasta Rzeszowa. Pokazał modelowe zaangażowanie społeczne z wykorzystaniem środków miasta.

Zebranie,  z  zachowaniem  stosownych  ograniczeń  z  powodu  pandemii  koronawirusa,  było  pierwszym  nieśmiałym  krokiem  wznawiającym także pracę klubu Zodiak. Mimo wszystko sądzę, że potrzeba bycia razem, jako istot społecznych, nie zanikła. Na pewno jest też potrzeba odkrywania innych form tego bycia, współtworzenia  i  realizowania  ciekawych  inicjatyw.  W  tym  wszystkim  niezbędny  jest  sprawiedliwy  mecenat państwa oraz samorządów – wojewódzkiego  i  miejskiego  –  czyli  po  prostu  wsparcie  finansowe.  Takie  jak  widać  dla  Kół  Gospodyń  Wiejskich  czy  Ochotniczych  Straży  Pożarnych,  ale  ono  ma  wymowę  wyborczą  dla  rządzących.  Należy  wypracować  sprawiedliwe  reguły  finansowania, bez podtekstu politycznego.

Jako prowadzący to walne zebranie komunikuję, że szefem stowarzyszenia nadal pozostał Jerzy  Maślanka,  a  mnie  powierzono  przewodniczenie  radzie  programowej.  Działalność  stowarzyszenia,  jak  wynika  z  wysokiej  frekwencji  i ducha obrad, ma swoje uzasadnienie.

Edward SŁUPEK

Sól Naszej Ziemi

Władysław Kosiniak-Kamysz – wybór pragmatyczny

Jest niezwykle trudno napisać tekst o miesięcznej aktualności, odnosząc się do naszej rzeczywistości politycznej. Odbędą się wybory prezydenckie, które mogą zmienić dominację Prawa i Sprawiedliwości na szczytach władzy naszego państwa. Od lat realna władza to dominacja dwóch ugrupowań politycznych, Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej, wywodzących się z ruchu Solidarność. Obydwa ugrupowania wystawiły swoich kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenta Polski (obecny prezydent RP Andrzej Duda i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski).

Tym trzecim, który aspiruje w wyborach na prezydenta, jest Władysław Kosiniak-Kamysz, przedstawiciel Koalicji Polskiej, w skład której wchodzi ruch Kukiz’15 oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. Na innych kandydatach nie zamierzam się skupiać, gdyż odnoszę wrażenie, że nie są w stanie zagrozić realnie dwóm dominującym. Po prostu w odczuciu społecznym nie prezentują przesłania i postawy przyszłej głowy państwa. Szkoda na przykład, że Lewica na zasadzie przeciwieństwa nie wystawiła kandydata o uznanej powadze i dostojności profesorskiej. Ma takich w szeregach. Inni przedstawiciele ugrupowań, w moim przekonaniu, mają zaistnieć w wyborach, pokazując istnienie ugrupowań, z których się wywodzą.

Bezwzględna walka wspomnianych ugrupowań uzasadnia oddanie głosu na Kosiniaka- -Kamysza jako przedstawiciela prowincji stanowiącej przysłowiową „sól naszej ziemi”. Nie zamierzam się zabierać za rozliczenie kadencji ustępującego prezydenta Andrzeja Dudy, gdyż codziennie zantagonizowani dziennikarze czynią to dokładnie. Kontynuacja jego prezydentury nie przetnie coraz głębszych podziałów społecznych. Jest także przykładem prezydentury niesamodzielnej, co widać na każdym odcinku jej sprawowania. Nie postarał się być prezydentem Polaków, a jedynie tych, którzy utożsamiają się z partią rządzącą Prawo i Sprawiedliwość. Obydwaj pretendenci, w odróżnieniu od Kamysza, manifestują subtelną pogardę dla ludowości, określaną przeze mnie jako syndrom „polskiego chama”, czyli człowieka, który w rodowodzie nie może powołać się na dobre pochodzenie czy też dobre maniery ze swojego środowiska. Na poparcie swej tezy przytoczę ciągłe zabiegi wspomnianych ugrupowań, aby wyeliminować z życia politycznego (Sejmu i Senatu) przedstawicieli ruchu ludowego. Czynią to od zawsze, szermują, że oni lepiej potrafią reprezentować prowincję w polityce. Zarzucają, że ruch ludowy przetrwał w ubogiej postaci nawet w PRL. Ten wątek wymaga głębszego rozpracowania historycznego. Stwierdzę jedynie, że synowie gospodarzy z PRL byli podstawą boomu ostatnich trzydziestu lat, odradzania się normalnej gospodarki państwa. Wyniesione z domu zasady zaradności i samodzielności w gospodarzeniu to być może historyczne wartości, od których wstydliwie wielu stara się odżegnać. Sam byłem świadkiem, jak mnie, z jakiejś prowincji, warszawiacy chcieli upokorzyć. Potem okazywało się, że oni także z prowincji. Po prostu neofici.

Tymi scenkami chcę obudzić w nas poczucie, że większość ma pochodzenie z szeroko pojętego ruchu ludowego. Przypominając genezę zorganizowanego ruchu ludowego w formie partii – to gmach Sokoła w Rzeszowie, gdzie pod zaborami powstało Stronnictwo Ludowe, które w tym roku szczyci się 125-leciem istnienia. Przez lata wszyscy uzurpowali sobie podporządkowanie ruchu ludowego. Nawet w czasie II wojny i Bataliony Chłopskie. Armia Krajowa, szczególnie jej sanacyjni przedstawiciele, czynili bezpardonowe zabiegi, aby sobie podporządkować BCh. Dochodziło nawet do wydawania przedstawicielom Batalionów Chłopskich wyroków śmierci. Jeszcze dzisiaj potomkowie lepiej urodzonych próbują uważać się za lepszych. To takie kultywowanie kompleksów.

Nie wiem, dlaczego Rzeszów, jako kolebka ruchu ludowego, odwraca się od ruchu ludowego. Tysiące z nas są potomkami działaczy ludowych. Czas sięgnąć do starych rodzinnych konterfektów świadczących o przynależności naszych antenatów do różnych form ruchu ludowego (Polskiego Stronnictwa Ludowego, Związku Młodzieży Wiejskiej, absolwentów uniwersytetów ludowych). Starannie i konsekwentnie w ostatnich latach te historie nam obrzydzono, uznano za nieistotne, wstydliwe. Zatem zagłosowanie na przedstawiciela ruchu ludowego, który jest młodym, samodzielnym człowiekiem, podkreślającym korzenie rodzinne z naszego regionu, jest w pełni zasadne. Rozsądek wyboru Kamysza to także zażegnanie w jakiejś części swoistej wojny ugrupowań. Wywodzący się z ruchu ludowego prezydent stałby się arbitrem dla skołowanego społeczeństwa. Byłby to piękny hołd na 125-lecie zorganizowanego ruchu ludowego.

Edward SŁUPEK

Prawo równych szans

100-lecie polskiej ustawy spółdzielczej

W dniach, gdy ważą się losy  wyborów  prezydenckich,  oraz  w  szczycie  pandemii koronawirusa, gdy przez to grozi nam nieznany od lat kryzys, godzi się przypomnieć  mroczne  czasy  walki  o  być  albo  nie  być  istnienia  Polski.  Latem  1920  roku  Armia  Czerwona  kroczyła  od  zwycięstwa  do  zwycięstwa. Jedyną  przeszkodą  do  podbicia  Europy  była niepodległa Polska.

W  tej  sytuacji  24  lipca  powołano  ponad-partyjny  Rząd  Obrony  Narodowej,  na  czele  z  reprezentantem  chłopstwa  premierem  Wincentym Witosem, wywodzącym się z PSL Piast, z  najważniejszym  zadaniem  obrony  państwa.  Aby  to  osiągnąć,  ogłosił  zwalczanie  jakichkolwiek partyjnych interesów. Zadeklarował wcielenie reform uchwalonych przez Sejm, poskromienie nadużyć władzy, wprowadzenie rządów prawa.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  głównym  sposobem obrony ojczyzny będzie powstrzymanie negatywnego oddziaływania haseł i propagandy  bolszewickiej  na  społeczeństwo,  czyli  bitwa  na  płaszczyźnie  ideologicznej.  Jego  wicepremierem  został  Ignacy  Daszyński  –  socjalista,  reprezentant  klasy  robotniczej,  przewodniczący rady naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. W  ten  sposób  dano  sygnał  bolszewickiej  Moskwie,  że  na  drodze  do  zdobycia  Polski  stanął  rząd  jedności  narodowej  robotniczo-chłopski,  wtedy zwany włościańsko-proletariackim.

Nowy rząd jako strategiczne oparcie znalazł  w  lansowaniu  spółdzielczości  znanej  społeczeństwu od XIX w. Przypominano spółdzielczość jako umożliwiającą godne życie,   bezpieczne oszczędzanie, obronę przed lichwą. Przypominając  spółdzielnie  Stefczyka,  wzywano m.in. żołnierzy do przystępowania do spółdzielni  mieszkaniowych  oraz  zajmujących  się  usługami  spożywców.  Przeciwwagą  dla  naszego rządu było ogłoszenie Manifestu do polskiego ludu  robotniczego  miast  i  wsi,  który  podpisali  m.in.  Julian  Marchlewski  i  Feliks  Dzierżyński,  sygnujący się jako Komitet Rewolucyjny Polski, czyli nic innego jak przekształcenie Polski w republikę sowiecką.

Słowa manifestu spotkało kontruderzenie rządu  Witosa  i  Daszyńskiego  oparte  na  reformie rolnej, a zwłaszcza na ideach spółdzielczości, którą ziemie Polski znały od czasów Staszica.  Wizja spółdzielczości  była  dla  społeczeństwa  znana,  a  komunizm  wojenny,  który  propagowali  komuniści,  przerażał.  Ustawa  z  lipca  1920  r.  w  sprawie  reformy  rolnej  zapowiadała  realizację  idei  spółdzielczości.  Po  zwycięstwie  nad  bolszewikami  w  1920  r.  określanym  jako  „cud  nad  Wisłą”  dotrzymano  słowa  narodowi  i  wojsku,  uchwalając  29  października  1920  r.  Ustawę  o  spółdzielniach.  Uchwalona  ustawa  spółdzielcza  przez  prawnicze  środowiska  europejskie  uznana  została  wręcz  za  wzorową.Wielu ustawodawców w Europie wzorowało się na jej nowatorskich zapisach, jak choćby Niemcy i Austriacy. Spółdzielczość w PRL, chociaż zawłaszczona, była enklawą demokratycznego gospodarowania, oczywiście trochę w wypaczonym kształcie. Dzięki spółdzielczości powstały miliony mieszkań w wyniszczonym wojną kraju. A posiłkując się spółdzielczym systemem gospodarowania, nie doszło także do bolszewickiej kolektywizacji wsi.

Obecne rozumienie idei spółdzielczej jest wadliwe, niedostateczne. Politycy uchwalający przez 30 lat prawo uważają spółdzielnie za podmiot jak każdy inny, powtarzając to z uporem zasady propagandowej. Międzynarodowa definicja spółdzielni nie odbiega od naszej i brzmi: spółdzielnia jest autonomicznym zrzeszeniem osób, które zjednoczyły się dobrowolnie w celu zaspokojenia swoich wspólnych aspiracji i potrzeb ekonomicznych, społecznych i kulturalnych, poprzez współposiadane i demokratycznie kontrolowane przedsiębiorstwo. Zatem jest to zrzeszenie osób, a nie kapitału. Zrzeszenie dobrowolne. Zaspokaja własne potrzeby członków i nie maksymalizuje zysków. Stanowi wspólne przedsiębiorstwo, a więc wspólną własność, chociaż prywatną, ale nie indywidualną. Można powiedzieć, że w dzisiejszym skomercjalizowanym świecie jest pewną ideą – ideą dobra wspólnego. Dlatego spółdzielnie po-winny powstawać, aby rozwiązywać problemy gospodarcze ludzi, które nie są do rozwiązania w pojedynkę. To wymaga wiedzy, stąd chwała powstałemu Instytutowi Spółdzielczemu na Uniwersytecie Rzeszowskim ze skromnym naborem na studia podyplomowe.

Państwo nasze powinno być zainteresowane tworzeniem spółdzielni. Konstytucja stanowi, że podstawą ustroju gospodarczego RP jest społeczna gospodarka rynkowa itd. W moim przekonaniu jest odwrotnie. Przekornie to kapitalizm koncentruje własność w rękach wąskiej grupy posiadaczy, często anonimowo. Spotkamy się niebawem, albo już tego doświadczamy, z ogromnymi nierównościami społecznymi, zadłużeniem społeczeństwa. Przywołując przy okazji rocznicowej piękną kartę polskiej spółdzielczości, chciałbym zaproponować na złe czasy rozwiązania przeciwstawiające się egoizmowi współczesnego kapitalizmu – zaproponować solidaryzm, wzajemną pomoc, zrozumienie i życzliwość. Ofertę bogactwa dla nielicznych zastąpmy prawem równych szans dla wszystkich.

Edward SŁUPEK