Rzeszowski kanibalizm polityczny

Jakoś nie lubimy swoich?

Zjadanie osobników politycznych własnej partii to praktyka, która miała miejsce podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w Rzeszowie. Polegała na tym, aby nie głosować na kandydatów rzeszowian aspirujących do bycia parlamentarzystą. Dotyczyła wszystkich ugrupowań politycznych biorących udział w wyborach i – jak to bywa – z jednym wyjątkiem, czyli Sojuszem Lewicy Demokratycznej zwanym Lewicą. Nie jest to łatwo wytłumaczyć. Na pewno dla miasta wojewódzkiego niedużych rozmiarów jest to zgubne. Po prostu nie mamy swoich przedstawicieli w parlamencie. Jedynym wyjątkiem okazał się Wiesław Buż z Lewicy. Warto byłoby namówić naukowców z różnych branż, zajmujących się naukami społecznymi, do rozpracowania tego fenomenu rzeszowskiego.

Znane nazwiska z Prawa i Sprawiedliwości w Rzeszowie – Andrzej Szlachta, Wojciech Buczak, Krystyna Wróblewska – przegrały z kandydatami spoza Rzeszowa. Mówią pokątnie w mieście, że wrogi stosunek do siebie w czasie kampanii wyborczej sprawił samowyniszczenie aspirujących. W innych partiach, jak np. Platforma Obywatelska, również zadziałał mechanizm samowyniszczenia. Niezrozumiale głosowano na obcych umieszczonych na pierwszych miejscach list. Wygrał Paweł Poncyliusz umieszczony przez centralę PO na pierwszym miejscu. Znany i ceniony prawnik, profesor z Rzeszowa Zdzisław Gawlik nie znalazł uznania w głosowaniu rzeszowian na liście PO. Podobnie się stało w moim Polskim Stronnictwie Ludowym. Wyborcy zaufali umieszczonemu na pierwszym miejscu Stanisławowi Tyszce. Wszystkie pierwsze miejsca na listach w naszym regionie wyznaczyli szefowie partii z pozycji warszawskiej. Nie wiem, jak skomentować preferencje rzeszowian, ale wygląda na to, że jakoś nie lubimy swoich – niekiedy sąsiadów, ludzi znanych z działalności w regionie.

Wygrane „jedynki” to tacy w przenośni nieskazitelni, bo nieznani? Czy to tęsknota za kimś przybyłym na białym koniu? A przecież byli to po prostu funkcjonariusze partyjni wstawieni na życzenie warszawskich central partyjnych. Jeszcze bardziej zadziwiające są wolty prezydenta Tadeusza Ferenca czynione podczas kampanii wyborczej. Wpierw wystąpił z dwoma najbliższymi z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, której to partii jak i środowisku spółdzielczemu sporo zawdzięcza w swoich staraniach o funkcję w rzeszowskim ratuszu. Przez wiele tygodni krygował Platformę Obywatelską, że będzie jej liderem na rzeszowskiej liście. Prawie na końcu kampanii uczynił zwrot i ze zdeterminowaniem wsparł aktywnie Marcina Warchoła z Prawa i Sprawiedliwości, co ma zaowocować przejęciem zamku Lubomirskich na potrzeby samorządu Rzeszowa.

Dobrze by było wiedzieć, czemu i komu ma służyć zamek, który jako potężny zabytek wymaga niemałych nakładów mogących pogrążyć budżet miasta. Jeśli już tak, dobrze by było, aby był na utrzymaniu z budżetu centralnego, np. resortu kultury. Sylweta zamku przez lata była chroniona jako dominanta i piękno architektoniczne. Dlaczego obecnie psuje się krajobraz Rzeszowa, obudowując sylwetę zamku deweloperką w stylu z trzeciego Świata. Szemrzą w mieście, że aktywne opowiedzenie się po stronie PiS było poprzedzone akceptacją przez prezydenta startu wiceprezydenta Marka Ustrobińskiego jako kandydata na posła z list Platformy Obywatelskiej. Wyglądało to na tzw. niedźwiedzią przysługę ze strony prezydenta, mając na uwadze swojego ewentualnego następcę. Działania znamionują rażącą niewdzięczność wobec swoich sympatyków i oddanych prezydentowi wielu działaczy, współpracowników i sympatyków. Brak na razie komentarzy, wszyscy zamilkli. Środowisko SLD z dużą elegancją nabrało wody w usta i milczy jak zaklęte. Powiada się, że milczenie jest przygotowaniem do wojny. Co się wydarzy, trudno przewidzieć. Pan prezydent konfidencjonalnie mawia „moją partią jest Rzeszów”. Parafrazując tytuł naszego miesięcznika „Naszym domem jest Rzeszów”. Po ukonstytuowaniu się nowego rządu sceptycznie widzę naszych tam znaczących przedstawicieli. Personalna degradacja regionu.

Edward SŁUPEK